Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 sierpnia 2013

czystość, czystość über alles

Maciej Zaremba Bielawski umie opisać Szwecję ciekawie i – co może nawet ważniejsze – wiarygodnie. Udowodnił to fascynującym opisem tego kraju w zbiorze reportaży „Polski hydraulik i inne opowieści ze Szwecji”. Urodzony w Polsce, jako osiemnastolatek wyemigrował do Szwecji w 1969 roku. Na tyle młody, żeby jeszcze nauczyć się nowego języka, kultury i w pełni odnaleźć się w tamtejszej społeczności, ale też na tyle dojrzały, żeby móc patrzeć na nią trochę inaczej niż rdzenny Szwed. Bielawski ogląda Szwecję jednocześnie ze środka i z zewnątrz. Lubię to jego podwójne spojrzenie. Nawet, jeśli obnaża to, o co pozornie rajskiego społeczeństwa dobrobytu i rozbudowanej opieki socjalnej nie odważylibyśmy się podejrzewać.




Od literatury faktu („W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa” Asbrink, poświęcona związkom założyciela Ikei z nazizmem) po popkulturę („Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” Larssona), co jakiś czas powracają wątki nierozliczonej historii szwedzkiego romansu z faszyzmem. Jak się okazuje, ujawnienie „dziadka z Wehrmachtu” może tu jednak być zaledwie wierzchołkiem góry lodowej.

Jak podaje Zaremba, Szwecja nie tylko jako jedna z pierwszych wprowadziła w życie ustawę eugeniczną (1935, zaostrzona w 1941 roku), ale też była jednym z krajów, w których przepis ten obowiązywał najdłużej, bo do 1975 roku. Na jego podstawie, w ciągu 40 lat poddanych sterylizacji (w większości wypadków mniej lub bardziej wymuszonej) zostało ok. 60 tysięcy obywateli szwedzkich, przede wszystkim kobiet. Wystarczyło niewiele: donos dbającego o porządek społeczny sąsiada, opinia o niewłaściwym prowadzeniu się, ciąża pozamałżeńska, brak ślubu, zbyt niski status społeczny, trwała choroba, czy wreszcie wygląd. Na podstawie powierzchownych, powielających uprzedzenia i stereotypy (rasowe i społeczne) opinii lekarzy, pastorów, członków danej społeczności, kilkuosobowa komisja w ciągu kilkunastu minut potrafiła podjąć decyzję o konieczności dokonania zabiegu u osób ocenionych jako „nieprzydatne” lub „niedostosowane społecznie”.

Bielawski nie rozumie, dlaczego to niehumanitarne, z gruntu faszystowskie prawo przez kilkadziesiąt lat obowiązywało właśnie w tym kraju. Próbuje wytłumaczyć sobie ten szokujący fenomen. Dlatego rekonstruuje zarówno historię eugeniki jako nauki zrodzonej w XX wieku, jak i szwedzką mentalność. Pokazuje rozmaitość znaczeń, jakie w różnym czasie i na różnych kontynentach przybierała eugenika. Dlaczego na przykład w Polsce międzywojennej eugenika była właściwie równoważna z nawoływaniem do kontroli urodzin i propagowaniem antykoncepcji (w tym sensie propagatorem eugeniki był Boy-Żeleński oraz ojciec autora) i nie przybrała agresywnej formy. Jak się ma do wprowadzenia ustawy eugenicznej i jej zaakceptowania przez znaczną część społeczeństwa słynna szwedzka lewicowość i zaczątki konstruowania państwa opiekuńczego. Zastanawia się, co w specyficznej szwedzkiej kulturze, obyczajowości, historii, religijności czy strukturze społecznej i politycznej mogło sprawić, że eugenika właśnie w Szwecji stała się narzędziem ucisku i wykluczenia.


To fascynujące i przygnębiające jednocześnie studium okazuje się nadal aktualne. Co prawda Szwecja po serii bulwersujących opinię publiczną artykułów Zaremby Bielawskiego zaakceptowała obecność ofiar systemu i przyznała im po latach prawo głosu i walki o odszkodowanie, jednak pomysłów na genetyczne ulepszanie gatunku ludzkiego nie brakuje. Warto wiedzieć, jak kończy się realizacja tego marzenia.


Maciej Zaremba Bielawski „Higieniści. Z dziejów eugeniki”, tłum. Wojciech Chudoba, Wydawnictwo Czarne, 2011.

piątek, 2 sierpnia 2013

Ishiguro detektywistycznie: „Kiedy byliśmy sierotami”

To zdecydowanie najsłabsza powieść Ishiguro, jaką czytałam. Stylistycznie „Kiedy byliśmy sierotami” jest równie dobre, jak inne teksty pisarza, ale przy treści coś mi zgrzytało.






„Kiedy byliśmy sierotami” jest pastiszem klasycznego kryminału, połączonym z częstym u Ishiguro zabiegiem pierwszoosobowej narracji, w której słuchamy głosu bohatera, swobodnie rekonstruującego wydarzenia z niedawnej przeszłości na przemian z przywoływaniem mniej lub bardziej odległych wspomnień. Tym razem narratorem jest Christopher Banks, znany i ceniony detektyw. Jak się okazuje, zawód wybrał sobie nieprzypadkowo: od czasu niewyjaśnionego zniknięcia jego rodziców w Szanghaju, chłopiec postanowił zostać detektywem, by móc ich odnaleźć. Christophera poznajemy jako stojącego u progu kariery młodzieńca, tuż po jego przybyciu do Londynu. Dopiero po latach, niemal chwilę przed wybuchem drugiej wojny światowej, jako uznany specjalista od rozwiązywania tajemniczych spraw, Christopher powróci do Szanghaju, by zmierzyć się ze swoją tajemniczą historią.


Brzmi to wszystko bardzo dobrze jako koncepcja, mam niestety do jej realizacji kilka zastrzeżeń. Historia jest nierówna, z wyraźnie słabszymi, nużącymi passusami. Przy całej barwności kolonialnego Szanghaju nierealność tamtejszych perypetii Banksa sprawia, że wolałam „londyńską” część książki. W skrócie: źle nie jest, ale nie porywa.

Kazuo Ishiguro „Kiedy byliśmy sierotami”, tłum. Andrzej Appel, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2000.

wtorek, 30 lipca 2013

różn-ości obyczajow-ości

Ta książka jest jak błyskotliwa odpowiedź intelektualisty na skandowane na ulicy hasła pokroju „chłopak i dziewczyna – normalna rodzina”. „Naprawdę?” – dziwi się w „Ościach” Karpowicz, dodając także: „czasami”, „no, może…”, przy okazji poszerzając znaczenie owej legendarnej „normalnej rodziny” w sposób, jaki się jeszcze w naszej literaturze nie zdarzył.

„Ości” to z jednej strony doskonała powieść wakacyjna, skupiona na pogmatwanych i barwnych losach kilku bohaterów, stopniowo poszerzająca to kilkuosobowe grono o ich przyjaciół, kochanków i kochanki, rodziny i wiernie relacjonująca liczne zawiłości fabularne z zakresu „kto z kim”. A w zakresie tym dzieje się całkiem sporo i całkiem dynamicznie. Pikanterii całości dodaje fakt, że część bohaterów ma swoje pierwowzory w osobach publicznych. Szkoda jednak sprowadzać lekturę „Ości” wyłącznie do śledzenia łóżkowych (i nie tylko) perypetii kilku znanych nazwisk (o niektórych pierwowzorach było głośno już w chwili premiery książki, innych można się domyślać). Poza anegdotyczną formułą jest jeszcze kilka powodów, dla których warto po „Ości” sięgnąć. Mimo że fabuła powieści bardzo mocno związana jest z Warszawą i warszawskim środowiskiem, jej sens może być przekonujący także dla czytelnika spoza stolicy.


Jednym z największych walorów powieści (choć to dyskusyjna teza) jest styl Karpowicza: jak się okazuje, nie dla wszystkich akceptowalny, uchodzący za manieryczny. Cóż, fance Karpowicza trudno się z tym zdaniem pogodzić. Owszem, cechą tego pisarstwa jest zaprzeczenie przezroczystości stylu. W „Ościach” to, jak się opowiada, jest co najmniej tak samo ważne jak to, o czym się opowiada. Gry słowne zderzają się tu ze sobą, zabawy idiomami, wieloznacznością słów budują tę powieść, wydobywając nieoczekiwany humor językowy i nowe sensy utartych słów.  Tak zbudowany romans okazuje się nagle niezwykle zabawny. Wypaczony, daleki od powściągliwości język powieści konstruuje też określony świat, zaludniony przez dzisiejszych warszawiaków. Świat, w którym – podobnie jak w „Dniu świra” – zwichrowany, ocierający się o błędy język staje się przestrzenią łączącą czytelnika i bohaterów. Przekrój społeczny tych ostatnich jest zresztą rozległy. Mamy zatem znaną socjolożkę i młodą bezrobotną, pracownika banku i innego, zatrudnionego w korporacji, do tego jeszcze wietnamskiego biznesmena, kurę domową… Albo inaczej: mamy od dzieciństwa nazywaną męskim imieniem kobietę, geja-katolika opiekującego się heteroseksualną rodziną, mężczyznę występującego wieczorami w kostiumie kobiety… Poznajemy ich samych i łączące ich relacje. Potem wszystko płynie niczym w telenoweli: ktoś kogoś pozna, ktoś się z kimś pokłóci, ktoś zbliży się do kogoś, a odsunie od kogoś innego. Jak kule bilardowe, nasi bohaterowie zmienią miejsca w tych konstelacjach, wejdą w nowe układy, nowe relacje. 

Karpowicz przygląda się tym przesunięciom (i samym bohaterom) z niesłabnącą sympatią i akceptacją. A jest tu co akceptować, bo mnogość i zróżnicowanie relacji, jakie opisuje, rozsadza tradycyjny układ chłopaka i dziewczyny, najchętniej powiązanych świętym węzłem małżeńskim. Karpowicz stwierdza, że można inaczej. Można różnie. Że mniej ważny jest wiek, płeć, preferencje seksualne czy status społeczny wchodzących w jakąkolwiek relację osób. To, co się liczy, to uczciwość między stronami danego związku, jakieś elementarne poszanowanie, niekrzywdzenie się nawzajem, świadomość tego, że małżeńska przysięga nie musi ludzi łączyć najpełniej ani najsilniej. Co znamienne, taką wolność na marginesie społecznych oczekiwań zagwarantować może przede wszystkim ucieczka do dużego miasta i jego anonimowości, oderwanie się od rodziny. Bohaterowie „Ości” wiedzą lub dowiadują się tego z czasem, że przyjaciele lub kochankowie (choćby najdziwniejsi) szybciej i skuteczniej pomogą uporać się z problemami niż własna rodzina. Karpowicz diagnozuje to bez atakowania tej ostatniej: po prostu przepaść pokoleniowa między dzisiejszymi młodymi a ich rodzicami wydaje się tu nie do pokonania. Nieprzypadkowo opisane przez niego relacje bohaterów z rodzicami zawsze kończą się rozczarowaniem, brakiem głębokiego kontaktu, niezrozumieniem. Pozbawieni danej dzieciom wolności w układaniu swojego życia, rodzice bohaterów „Ości” w najlepszym wypadku biorą rozwód, kiedy już uświadamiają sobie koniec związku, inni męczą się, latami żyjąc wbrew sobie i z mieszanką nienawiści i frustracji podporządkowując całe swoje życie wymaganiom drugiej strony.

Wydaje się zatem, że bohaterowie „Ości” mają to szczęście, że żyją w miejscu i czasie, który umożliwia im dużo większy wybór życiowych ścieżek niż ich rodzicom. Wybierają kontrowersyjnie, wiedząc, ze uczciwość w podążaniu za swoimi uczuciami może pozwoli im na szczęśliwsze życie niż to, które osiągnęliby żyjąc w zgodzie z oczekiwaniami otoczenia. Wcielenie w życie Heterotopii Tokarczuk? Najwyraźniej.


Heterotopianie zupełnie inaczej rozumieją też słowo „rodzina”. U nich rodzinę może tworzyć na przykład jedna starsza kobieta i jej dwanaście kotów. Albo trzy przyjaciółki plus partner jednej z nich, bo wszystkie pasjonują się makrobiotyką. Albo dwie homoseksualne pary mieszkające w secesyjnej willi, o którą trzeba dbać. W tym ostatnim przypadku także willa jest członkiem rodziny. Tak rozumiane „rodziny” żyją w obrębie szerszych struktur, również opartych na wspólnych ideałach i podobnym myśleniu, zwanych społecznościami. Społeczności pielęgnują swoje wizje życia. (…) Heterotopianie nie muszą więc zgadzać się na uśrednione, ciągle uzgadniane dobro, które dla wielu jest wątpliwe. (Olga Tokarczuk „Jak wymyślić heterotopię. Gra towarzyska”, w: „Moment niedźwiedzia”, s.23).

Ignacy Karpowicz „Ości”, Wydawnictwo Literackie, 2013.

piątek, 12 lipca 2013

„Gogol w czasach Google’a” Radziwinowicza

„Gogol w czasach Google’a” Radziwinowicza ma szansę spodobać się nie tylko rusofilom. Po świetnych, chociaż egocentrycznych reportażach Jacka Hugo-Badera, które przedstawiły współczesną Rosję nieznaną lub zapomnianą, Rosję odległych od Europy republik i Rosję plemion, o których zapewne nigdy wcześniej nie słyszeliście – teksty Radziwinowicza przynoszą przyjemną odmianę i uzupełnienie (lub odświeżenie) bardziej ogólnej wiedzy o Rosji. Różnica bierze się przede wszystkim z pełnionej funkcji: Radziwinowicz nie jest reporterem, a korespondentem zagranicznym, zatem w długie podróże przez dalekie szlaki raczej się nie wybiera. W zamian za to dostajemy od niego zestaw interesujących tekstów o dzisiejszej Moskwie i jej życiu. Jest więc Politkowska, Putin, Miedwiediew, konflikt w Czeczenii, rosyjska mafia i łapówkarstwo, imigranci, czy „nowi Ruscy”. Mówiąc krótko: więcej polityki i dystansu, mniej etnografii i narracji pierwszoosobowej. „Gogol w czasach Google’a” to zbiór tekstów, które ukazywały się na łamach „Gazety Wyborczej” w latach 1998-2012. Gazetowa stylistyka może na dłuższą metę męczyć, z drugiej strony, wymuszone prasowymi ograniczeniami zwięzłe, krótkie i treściowe teksty czyta się zawsze dobrze. Jednak wbrew entuzjastycznym blurbom z okładki nie sądzę, że po tej książce zrozumiałam Rosję. 




Wacław Radziwinowicz „Gogol w czasach Google’a. Korespondencje z Rosji 1998-2012”, Wydawnictwo Agora, 2013.

środa, 10 lipca 2013

Ja, Susan

Mam nadzieję, że Karakter nie każe nam zbyt długo czekać na kolejne tomy „Dzienników” Susan Sontag. Wydany przed rokiem tom pierwszy budzi apetyt na więcej, bo przy całej literackiej niedoskonałości fascynuje obserwacja wykluwania się z egzaltowanego dziewczęcia namiętnej i spragnionej nowych wrażeń (nie tylko zmysłowych, ale i intelektualnych!) pisarki.


Sontag prowadziła zapiski całe życie. Pierwotnie miały one charakter całkowicie prywatny, jednak syn autorki, David Rieff, podjął ostatecznie decyzję o ich publikacji (szczegółowe wyznanie dotyczące związanych z tym dylematów wypełnia znaczną część wstępu do pierwszego tomu). Z założenia nieliterackie i pisane tylko dla siebie, „Dzienniki”  pokazują Sontag bez kreacji, czy raczej – nieustannie pracującą nad wykreowaniem siebie i własnego wizerunku. Dążenie do tego, by stać się możliwie jak najdoskonalszym wcieleniem projektu określonej osoby i zestaw pożądanych do tego cech charakteru, które należy w sobie wykształcić, powraca w tych zapiskach zastanawiająco regularnie. Listy lektur do przeczytania i kupienia, listy obejrzanych filmów i słów do zapamiętania sąsiadują z kolejnymi postanowieniami wegetatywnymi („należy myć się co drugi wieczór”) i pracą nad własnym charakterem („lepiej być zdecydowanym, zdeterminowanym niż grzecznym, zgodnym, uległym wobec woli innych osób”). Znaczące wydają się zarówno okresy milczenia, jak i obsesyjnie szczegółowe analizy własnych uczuć, które na kartach „Dzienników”, jako szkice opowiadań i powieści, stają się też materiałem literackim. „Dzienniki” nie są jednak literacką autobiografią; zapiski Sontag umożliwiają rekonstrukcję intelektualnego i emocjonalnego dojrzewania autorki bardziej niż chronologicznie uporządkowany zapis kolejnych faktów z jej życia. Bezwzględna szczerość tych wyznań (nie zawsze stawiających Sontag w najlepszym świetle) szokuje zresztą bardziej niż passusy poświęcone jej intymnym relacjom, homo- i heteroseksualnym. To jest zresztą najcenniejszym i najbardziej fascynującym wkładem „Dzienników”. Bardzo mnie ciekawi, kim będzie dojrzała, dorosła wersja tej młodej kobiety, której świadectwo ogromnej pracy nad sobą stanowi „Odrodzona”.




Susan Sontag „Odrodzona. Dzienniki, tom 1. 1941-1963”, tłum. Dariusz Żukowski, Wydawnictwo Karakter, 2012.

poniedziałek, 8 lipca 2013

„Dzieciństwo Jezusa” J.M. Coetzee

Statystycznie rzecz ujmując, wychodzi na to, że jestem umiarkowaną fanką Coetzeego: niektóre jego powieści mnie zafascynowały, udało mi się wejść w ich świat i poczuć jego miażdżącą wizję, inne z kolei męczyły i irytowały, kiedy bezskutecznie próbowałam przedrzeć się przez gąszcz słów do istotnego sensu, pozostając na zewnątrz opisywanych problemów i ludzi. Tak się też stało z „Dzieciństwem Jezusa”. Nie umiem ocenić, dlaczego spotkania z książkami Coetzeego czasem tylko kończą się sukcesem. Być może bardziej odpowiada mi Coetzee realistyczny od przypowieściowego. Właśnie wizję świata, w którym pisarz umieszcza świętą rodzinę, uważam za najmniej przekonującą.

Sam pomysł jest świetny: książka jest opowieścią o dzieciństwie Jezusa rozgrywającym się w umownie pojętej współczesności. Główni bohaterowie są emigrantami z niesprecyzowanego bliżej kraju. Simón, powieściowy odpowiednik Józefa, opiekuje się Dawidem, kilkuletnim chłopcem nie będącym jego synem i pomaga mu w odnalezieniu matki. Co prawda, zapytany o imię lub wygląd matki odpowiada, że ich nie zna, ale jest głęboko przekonany, że bezbłędnie rozpozna ją, gdy tylko ją zobaczy.

Do tego punktu akceptuję wszystko bez żadnych zarzutów, kłopot mam z ciągiem dalszym. Emigranci trafiają do ośrodka dla uchodźców i zaczynają układać sobie życie w nowym kraju. Okazuje się, że miejsce, do którego trafili, w niczym nie przypomina realnych państw. To kraina pozornie przyjazna i spokojna, goszcząca uchodźców i dająca im pracę, zapewniająca godne utrzymanie, jedzenie, dach nad głową. Nie przynosi jednak Simonowi radości. „Świat bez boga”, jak książkowe blurby nazywają to miejsce, to świat spreparowany, świat środka, pozbawiony zła i nierówności kosztem namiętności, metafizyki, seksu i duchowości. Pewny i stabilny, choć pozbawiony intensywnych doznań i smaków, podobnie jak mdłe i pozbawione smaku jest tamtejsze jedzenie. Simón tęskni za pozostawionym za sobą życiem, brakuje mu jego zróżnicowania i pasji, krwistego steku zjedzonego na obiad zamiast mdłej papki. W tym właśnie świecie Simón znajdzie matkę Dawida, który zresztą coraz bardziej odróżnia się od swoich – grzecznie podporządkowanych regułom świata, w którym żyją – rówieśników.

„Dzieciństwo Jezusa” to powieść intelektualnie nośna i ostatecznie skłaniająca do refleksji, a przecież też męcząca i stawiająca podczas lektury niemały opór. Zakres tematyczny, możliwości interpretacji tej prozy to jedno, ale sam opis tego świata i bohaterów – to drugie. Z odstręczającym charakterem postaci Coetzeego zdążyłam się pogodzić: to z założenia bohaterowie przedstawieni genialnie i nie dający się polubić, tym razem jednak połączenie zaborczej Inés (Maryja), rozpuszczonego bachora, jakim w pewnym momencie wydaje się Dawid i miotającego się między nimi Simóna, funkcjonujących w natrętnie sztucznym świecie, w którym robotnicy po pracy oddają się niekończącym się dialogom platońskim, mnie przerosło. Rozumiem tę koncepcję, szanuję ją, ale nie jestem do niej przekonana. Tym razem mnie nie uwiodła.




John Maxwell Coetzee „Dzieciństwo Jezusa”, tłum. Mieczysław Godyń, Wydawnictwo Znak, 2013.

piątek, 28 czerwca 2013

rzeczy, które posiadają ludzi

Najpierw chciałam mieć tę książkę, potem trochę się nią rozczarowałam, a na koniec nie mogłam się od niej oderwać. „Zając o bursztynowych oczach” spodoba się przede wszystkim miłośnikom takiej niespiesznej, wspomnieniowo-historycznej prozy, w której historia rodziny splata się z historią, jakiej uczymy się w szkołach. To typ pisarstwa, który kojarzy mi się ze świetnie udokumentowanymi, erudycyjnymi pracami Joanny Olczak-Ronikier. Podstawowa różnica dotyczy skali. Edmund de Waal pisze o przodkach: któryś był jednym z pierwowzorów Swanna z „W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta, inny posiadał firmę, która ostatecznie stała się znana pod nazwą Deutsche Banku. Tak, mówimy o ludziach, których fortuna, znajomości i możliwości rozciągały się od Odessy po Paryż. Tyle, że w przeciwieństwie do dużo bardziej znanych Rotschildów, rodzina Ephrussich w wyniku błędnych decyzji finansowych, przedwojennych antysemickich ustaw oraz wojennej zawieruchy, utraciła właściwie wszystko.



Współcześni potomkowie zamożnego i znanego rodu zachowali nieliczne pamiątki z okresu świetności rodziny. Jedną z nich jest bezcenna (jak się miało po latach okazać) kolekcja dwustu sześćdziesięciu czterech netsuke, japońskich miniaturowych figurek, wykonywanych najczęściej z drewna i kości słoniowej. Zafascynowany urodą tych maleńkich, perfekcyjnie wykonanych rzeźb, Edmund de Waal, ich obecny właściciel i potomek rodziny Ephrussich, postanowił odtworzyć ich historię od chwili, kiedy znalazły się w rękach jego przodków. Cofa się zatem do połowy dziewiętnastego wieku, rekonstruuje losy swojej rodziny, odwiedza ich dawne posiadłości, wertuje książki i gazety z epoki, chcąc zrozumieć i poczuć to, co mogli myśleć i czuć wcześniejsi właściciele netsuke. De Waal jest wnikliwy i wrażliwy na szczegóły, umie też plastycznie oddać nastrój zmieniających się czasów. Co więcej, tak się złożyło, że kolekcja figurek wędrowała po świecie z kolejnymi właścicielami. Te przystanki zbiegają się ze stopniowym upadkiem rodzinnej fortuny oraz z kluczowymi punktami historii. Zaczyna się zatem bajkowym, mitycznym niemal obrazem paryskiego fin de siècle'u, ogarniętego fascynacją sztuką japońską i pierwszym antysemickim zgrzytem, jaki przyniosła sprawa Dreyfussa. Z początkiem dwudziestego wieku kolekcja zmienia właściciela i miejsce. Jesteśmy w Wiedniu. Śledzimy losy Ephrussich u schyłku CK Monarchii, podczas pierwszej wojny światowej, narastającego po dojściu Hitlera do władzy antysemityzmu oraz Anschlussu Austrii, równoznacznego z wprowadzeniem ustaw norymberskich i utratą całego majątku na korzyść Rzeszy. Członkowie dużej, rozrzuconej po świecie rodziny uciekają do Ameryki, Szwajcarii, Anglii. Dochodzi też do zmiany obyczajowej: jedyny męski potomek zamiast wdrażać się do zawodu bankiera i wżenić w kolejną zamożną rodzinę, postanawia szukać szczęścia w Stanach Zjednoczonych jako projektant mody, nie ukrywa też swojej odmiennej orientacji seksualnej... To właśnie razem z nim cudem odzyskana po wojnie kolekcja, wykradziona hitlerowcom przez służącą, powraca do okupowanej przez Amerykę Japonii. Tam po raz pierwszy z figurkami zetknie się sam autor, a także kolejny właściciel netsuke.

Edmund de Waal jest krytykiem i historykiem sztuki oraz artystą ceramikiem. Pewnie dlatego postrzega i opisuje losy Ephrussich oraz netsuke zmysłowo. Otaczające jego przodków dzieła sztuki to nie tylko abstrakcyjne kolekcje, ale rzeczy o określonej wadze, kształcie, fakturze, tworzące określony nastrój miejsc, i przez to stających się częścią osobowości swoich właścicieli. Równie ważny dla niego jest duch czasu, który próbuje zrekonstruować, jak i próba odtworzenia miejsc, gdzie kolejni właściciele ustawiali kolekcję. Z jakimi przedmiotami sąsiadowały netsuke? Co to może mówić o ich właścicielu? Kto mógł brać do ręki te wdzięczne, maleńkie przedmioty, bawić się nimi, doceniać ich filigranową urodę?

Trudno jednym tchem wyliczyć wszystkie tematy tej książki. Między biografią a historią, które z detektywistycznym zacięciem próbuje opisać de Waal, jest miejsce na detale obyczajowe, przyjrzenie się codziennemu życiu w Paryżu i w Wiedniu, refleksję nad upływającym czasem.

Edmund de Waal „Zając o bursztynowych oczach. Historia wielkiej rodziny zamknięta w małym przedmiocie”, tłum. Elżbieta Jasińska, Wydawnictwo Czarne, 2013.

środa, 5 czerwca 2013

perfekcyjny duet

Duet literacki. Dziwna forma. Nie wiadomo, gdzie kończy się myśl, fraza pierwszego autora, a gdzie zaczyna się działanie drugiego, jego odrębne widzenie świata. Może przez to, że znam i lubię pisanie Martina Pollacka, widziałam w „Pogromcy wilków” te cechy jego stylu, które tak bardzo mnie uwiodły w „Ojcobójcy” czy „Śmierci w bunkrze”: wrażliwość i rzadką umiejętność opisywania skomplikowanych relacji prostym, a jednocześnie precyzyjnym językiem.


„Pogromca wilków” to trzy krótkie eseje. Punktem wyjścia każdego z nich jest zdarzenie z historii Polski współczesnej – wojennej i powojennej – widzianej z perspektywy pojedynczego człowieka. To zdarzenia, które zmieniły życie zwykłych ludzi, żyjących na peryferiach Europy, daleko od centrów władzy. Jest tu to, co tak bardzo lubię w Mitteleuropejskich opowieściach Pollacka: historie o pograniczach i ich mieszkańcach, którym dwudziesty wiek przypisał określone etykiety etniczne, a potem kazał się z nich rozliczyć. Mamy zatem opowieść o wizycie w Bieszczadach, z Akcją „Wisła” w tle, rozprawienie się z mitem pochowanego w Machowej żołnierza Wehrmachtu, niemal uznanego za błogosławionego, w rzeczywistości dezertera oraz monolog Żyda, zmuszonego do opuszczenia Polski w 1968 roku. Niby nic nowego, a jednak uwodzi. Ransmayr i Pollack pokazują niejednoznaczność pamięci, mitu i historii. Dopuszczają do głosu różne wersje prawdy, jej nieuchwytność, zmienność. Budzą niepokój.

Ta maleńka książka domaga się smakowania, niespiesznej lektury, chwili refleksji.


Christoph Ransmayr, Martin Pollack, „Pogromca wilków. Trzy duety literackie”, tłum. Karolina Niedenthal, Wydawnictwo Czarne, 2012.

sobota, 1 czerwca 2013

Królowa nie przypłynęła

„Bunt na Bounty” i „Władca much” w jednym. Maciej Wasielewski, którego debiut (napisane razem z Marcinem Michalskim reportaże „81:1. Opowieści z Wysp Owczych”) opowiadał o niewielkim i właściwie nieznanym kraju europejskim, tym razem wyruszył jeszcze dalej, do jeszcze mniejszej społeczności. Wyspa Pitcairn leży mniej więcej w połowie drogi morskiej między Australią a Panamą, właściwie na samym środku Oceanu Spokojnego. Jej mieszkańcy to w większości potomkowie legendarnych buntowników z „Bounty”, którzy po obaleniu kapitana i uprowadzeniu młodych Tahitańczyków uciekali przed czekającą ich karą. Kiedy w 1790 roku osiedlili się na wyspie Pitcairn, spalili swój statek, aby odciąć sobie drogę powrotną do świata. I świat na długie lata o nich zapomniał.


Jak pisze Wasielewski, dziś dotarcie na wyspę nadal nie jest proste. Na Pitcairn mieszka obecnie około sześćdziesięciu osób; wizyty z zewnątrz są stosunkowo rzadkie, dziennikarze praktycznie nie mają tu wstępu (autor „Jutro przypłynie królowa” podał się za doktoranta antropologii, aby móc dostać się na wyspę nie jako turysta i spędzić tam dłuższy czas). Stopniowo dowiadujemy się, że rajska wyspa, zamieszkana przez niewielką wspólnotę, utrzymującą się z pracy własnych rąk, w rzeczywistości była i nadal jest miejscem krwawych starć między członkami tej społeczności, rosnącej przemocy, walki o władzę, których kulminacją był proces o pedofilię, wytoczony siedmiu mieszkańcom Pitcairn. Wasielewski świetnie „wyczuwa ludzi” i umie z nimi rozmawiać. Dodatkowo z częścią reporterską splata się próba opisu mechanizmów rządzących tą małą, zamkniętą społecznością, w której autor widzi laboratoryjny przypadek brutalnego ścierania się osobowości rodem z „Władcy much” Goldinga. Dlatego z jednej strony widzimy codzienność Pitcairn jego oczami, człowieka z zewnątrz, razem z nim poznajemy historię wyspy, dowiadujemy się, kim byli marynarze, zastanawiamy się, jak bardzo odziedziczona po przodkach kultura, mentalność i przekonania mogły wpływać na dzisiejsze postawy. Z drugiej strony, Wasielewski wprowadza sugestywny, bardzo emocjonalny obraz Veroniki, jednej z nielicznych uciekinierek z Pitcairn, wielokrotnie gwałconej dziewczynki, dziś – złamanej kobiety, jej wspomnienia i próby ułożenia swojego życia po traumie dojrzewania na „rajskiej wyspie”.

Klaustrofobia, duszna atmosfera ciasnej przestrzeni, w której wszyscy wiedzą, kto z kim o czym rozmawia, panująca na wyspie zmowa milczenia i głęboki podział na miejscowych i urodzonych poza wyspą „Judaszy”, pozostałości kolonializmu (wyspa oficjalnie pozostaje pod jurysdykcją Wielkiej Brytanii, choć część mieszkańców nie przyjmuje tego do wiadomości), widocznego w tym, jak Anglia traktuje swe zamorskie terytorium oraz jak widzą Brytyjczyków mieszkańcy Pitcairn, połączona z niemożnością ucieczki z wyspy oraz z próbami prowadzenia szlachetnego, wspólnotowego życia – wszystko to sprawia, że książkę można czytać na różnych poziomach, odrywając się od sztampy reporterskich barwnych anegdot z wyjazdu w egzotyczne miejsce. Po „Jutro przypłynie królowa” spodziewajcie się raczej opowieści o tym, jak bardzo opresyjna może być wspólnota, a świat zorganizowany przez nią – zły.


Maciej Wasielewski, „Jutro przypłynie królowa”, Wydawnictwo Czarne, 2013.

wtorek, 28 maja 2013

„Wyznaję”

Ponad siedemset stron, a po przeczytaniu ostatniej żałowałam, że to już koniec! Pewnie nie uda mi się przeczytać powieści Cabrégo jeszcze raz, ale szczerze zazdroszczę wszystkim, którzy przyjemność lektury „Wyznaję” mają przed sobą.


Cabrému udało się pogodzić w „Wyznaję” klika powieściowych zalet – i tu może kryje się sekret jego popularności. Mamy zatem niebagatelną długość, która jednych odstraszy, ale skusi wielbicieli tych książek, z którymi nie można rozstać się zbyt szybko, pozwalając na zaprzyjaźnienie się z bohaterami. Do tego dodajmy trochę eksperymentów formalnych, na tyle mało, żeby powieść nie budziła wyłącznie entuzjazmu krytyków literackich, ale też na tyle działających w lekturze, żebym czuła, że kolejny wieczór poświęcam nie na jakieś tam babskie powieścidło, a na książkę „z ambicjami”: mamy zatem kilka różnych (różnych? nie, nie zdradzę!) wątków, narrację zmienianą niekonwencjonalnie w obrębie jednego zdania, kilka planów czasowych i świetną konstrukcję, która spaja wszystkie te elementy. Do tego całość jest napisana lekko i potoczyście, więc czyta się ją jednym tchem. Słowem: sama przyjemność.

Pisać, o czym jest „Wyznaję” jest już bardziej karkołomne. Główną osią zdarzeń jest historia skrzypiec, które Adrian, główny bohater, dziedziczy po swoim ojcu. Adriana poznajemy jako kilkuletniego, już wtedy dość niezwykłego brzdąca, który styka się wówczas po raz pierwszy z rodzinną tajemnicą. Z czasem sam będzie musiał ją rozwikłać… „Wyznaję” nie jest jednak poświęcone wyłącznie Adrianowi: to montaż kilku opowieści, rozgrywających się w kilku epokach i miejscach, od Bliskiego Wschodu, przez wydarzenia związane z Wielką Inkwizycją, po przedwojenny Rzym i powojenną Barcelonę epoki generała Franco. W tych opowieściach powraca fascynujący autora (ale i samego Adriana) temat zła i wyborów etycznych. Cabré szczęśliwie unika teoretycznych rozważań filozoficznych z jednej, a mielizn uproszczeń metafizyki popkulturowej z drugiej strony (choć na pewno bliżej mu do popkultury niż do Arendt). Zestawia wydarzenia, przygląda się im, udowadnia naszą niemożność jednoznacznej oceny, nie moralizuje. Dobra, mądra i angażująca powieść. Polecałabym jako lekturę wakacyjną, ale istnieje ryzyko, że wakacje spędzicie z książką w dłoni :).

Jaume Cabré, „Wyznaję”, tłum. Anna Sawicka, Wydawnictwo Marginesy, 2013.

Ps. Hauk! oraz Czarny Orzeł i szeryf Carson rządzą! Uwielbiam ten wątek :)


czwartek, 23 maja 2013

Miasto Słońca: tuż za wschodnią granicą

Ile znacie książek o Białorusi?
No właśnie. Zgadzam się, Białoruś nie jest potęgą ani pierwszoplanowym graczem politycznym, nie budzi więc wielkiego zainteresowania. Może też nie wpuszcza tak łatwo reporterów. O ile udało się już napisać książki poświęcone krajom tak bardzo zamkniętym dla dziennikarzy i turystów jak Turkmenistan czy Korea Północna, o tyle nasz wschodni sąsiad nadal czeka na swoją kolej. Książka Artura Klinaua „Mińsk. Przewodnik po Mieście Słońca” tylko częściowo wypełnia tę lukę. „Mińsk” jest serią poetyckich esejów poświęconych jednemu miastu. I chociaż po lekturze książki przyszedł mi do głowy pomysł wyskoczenia do Mińska, nie łudzę się, że dałoby mi to możliwość zobaczenia go takim, jak przedstawia je Klinau, bo wyłaniające się z jego wspomnień miasto betonowych pałaców, złocistożółtych pomników socrealistycznej kultury, stojących pod błękitnym niebem, już nie istnieje. 




Mińsk w oczach Klinaua staje się ucieleśnieniem projektu Miasta Słońca Tomasza Campanelli, miejsca, gdzie żyją równi ludzie, poddani sprawiedliwej władzy Metafizyka. Ta siedemnastowieczna utopijna idea społeczeństwa doskonałego jest dla autora kluczem do zrozumienia architektonicznej, już powstałej w wieku dwudziestym, logiki rodzinnego miasta. Mińsk: pierwsze duże miasto na drodze podróżujących z zachodu do Moskwy, miał swoim gościom pokazać potęgę imperium, do którego właśnie trafiali. Mówiąc językiem autora, miał być wrotami do Krainy Utopii. 

Tę częstokroć szpetną zabudowę oglądamy częściowo jako próbę wcielenia w życie określonej idei, ale też jako Krainę Szczęścia samego autora. Klinau opowiada o losach miasta od początku jego założenia (przypominając też o wspólnej historii dzisiejszej Polski, Litwy i Białorusi), skupiając się przede wszystkim na opisie miasta swojego dzieciństwa i młodości. Jego wizja Mińska jest zatem połączeniem ciepłych, sentymentalnych wspomnień oraz wiedzy dorosłego już człowieka, który widzi przestrzeń swojego rodzinnego miasta jako w pewien sposób logiczną konstrukcję. To połączenie spojrzenia zdystansowanego dorosłego oraz zaangażowanego dziecka sprawia, że Mińsk w opowieści Klinaua staje się miejscem mitycznym, na swój sposób pięknym, ale nieistniejącym. Autor kończy swoją opowieść z chwilą upadku Krainy Szczęścia, który okazał się zabójczy dla Miasta: 
Miasto Szczęścia umarło, pozostała jednak kuriozalna, do niczego na świecie niepodobna konstrukcja estetyczna  Słoneczne Miasto Marzeń  gigantyczna scenografia pewnego projektu Utopii zwanego roboczo Szczęściem (s. 148).

Artur Klinau, „Mińsk. Przewodnik po Mieście Słońca”, tłum. Małgorzata Buchalik, Wydawnictwo Czarne, 2008.

czwartek, 16 maja 2013

Bernhard o sobie. Wielokrotnie


Pięć tomów. Każdy z nich to gigantyczny monolog, spisany na jednym oddechu, jako jeden, pozbawiony dialogów akapit, zapis myśli. Każdy z tomów składających się na „Autobiografie” skupia się na jednym, wybranym punkcie życiorysu Bernharda. Zamiast kalejdoskopu zdarzeń z życia dorastającego chłopaka i młodego mężczyzny dostajemy obsesyjną autoanalizę, której punktem wyjścia są często gesty, drobne zdarzenia. Długie, wielokrotnie złożone zdania, z uporem powtarzane słowa i frazy i przebijająca się z nich niechęć do zastanego społeczeństwa i jego instytucji składają się na fascynujący i mroczny zarazem autoportret austriackiego pisarza.

Mam wrażenie, że ta gęsta proza może wyłącznie uwodzić lub odrzucać; styl Bernharda nie jest neutralnym pisaniem, w którym autorskie „ja” ukrywa się za przezroczystymi zdaniami. Czy neurotyczny autor może stworzyć dzieło wolne od swej neurozy? Bernhard odpowiedziałby zapewne, że nie; jego własna, pokrętna, obsesyjna osobowość ujawnia się zarówno w obrazie opisywanego świata, jak i użytym do tego samym języku.


Co ciekawe, kolejne części ukazywały się już wcześniej, jako osobno wydawane książki. Zebranie ich razem jako „Autobiografii” dało w rezultacie tom świetny literacko, będący zarazem próbą odpowiedzi na pytanie, skąd wziął się pisarski fenomen Bernharda. Kolejne strony „Autobiografii” przynoszą przepracowanie najważniejszych, często traumatycznych punktów z życia autora: nauki w gimnazjum, porzuconej w celu podjęcia pracy, ciężkiej choroby, śmierci dziadka, leczenia gruźlicy... Rozczarowania i kolejne niepowodzenia, uświadamianie sobie hipokryzji otaczających go ludzi, rosnąca nieufność wobec powszechnie uznanych instytucji i ich przedstawicieli (szkoła, szpital) połączone z przenikliwą inteligencją egocentrycznego autora w jakiś sposób tłumaczą, co mogło ukształtować tego zjadliwego krytyka własnego społeczeństwa, docenianego poza Austrią dużo bardziej niż we własnym kraju.

Wieńczący całość tom „Dziecko” jest logicznym zamknięciem cyklu. Po chronologicznym układzie czterech pierwszych tomów, w finale wracamy do chłopięcego okresu życia autora. Dotychczasowa jeremiada ustępuje miejsca opowieści o tym, jak to ośmioletni Bernhard w dniu, w którym nauczył się jeździć na rowerze, postanowił wyruszyć w trzydziestokilometrową podróż do Salzburga. Wzięty od opiekuna rower ląduje w rowie, a malec prowadząc gruchota, wraca do domu nad ranem, bojąc się zasłużonej kary. To wydarzenie uczy go, że dobra opowieść każdą porażkę może przekuć w zwycięstwo:

Sam delektowałem się tą opowieścią, jak gdyby opowiadał ją zupełnie kto inny, i stawałem się lepszy ze słowa na słowo, gdyż rozemocjonowany własną relacją, wzbogacałem całość mnóstwem przesadnych akcentów, dodających mojemu opowiadaniu pikanterii, albo nawet dodatkowymi wymysłami, żeby nie powiedzieć kłamstwami. Siedząc na stołku przy oknie, naprzeciw Dżordżiego leżącego w łóżku, przekazywałem mu na wskroś dramatyczną historię, głęboko przeświadczony, że trzeba ją traktować jako niezwykle udane dzieło artystyczne, chociaż nie mogło być wątpliwości, że dotyczy ona prawdziwych okoliczności i faktów. Tam, gdzie wydawało mi się to korzystne, robiłem dłuższą pauzę, wzmacniałem jedno, osłabiałem drugie, zawsze pomny, by zdążać ku punktowi kulminacyjnemu całej opowieści, nie uprzedzać puenty, a poza tym nigdy nie pomijać siebie jako głównego bohatera poematu dramatycznego.Wiedziałem, co imponuje Dżordżiemu, a co nie, wiedza ta stanowiła fundament mojej relacji. (…) Umiałem w kilku krótkich zdaniach zmienić na koniec moją żałosną porażkę w triumf. Udało mi się: Dżordżi był tego ranka przekonany, że jestem bohaterem (s. 369-370).

A tu jeszcze dwa smaczki – próbki stylu i przekonań autora:

Moje rodzinne miasto to w rzeczywistości śmiertelna choroba, wrodzona i wszczepiona jego mieszkańcom, jeśli więc nie odejdą w decydującym momencie, to wprost lub nie wprost, wcześniej czy później będą musieli we wszystkich tych odrażających warunkach albo popełnić nagle samobójstwo, albo też, wprost lub nie wprost, nędznie i powoli zmarnieć na tej w gruncie rzeczy na wskroś wrogiej człowiekowi architektoniczno-arcybiskupio-tępo-narodowo-socjalistyczno-katolickiej, zabójczej ziemi. (s. 10)
We wszystkich epokach wszystkie rządy zawsze przypisywały sportowi największe znaczenie, i słusznie, bawi on bowiem, ogłupia i odurza masy, a dyktatury wiedzą najlepiej, dlatego zawsze i w każdym wypadku opowiadają się za sportem. Kto jest za sportem, ma masy po swojej stronie, kto jest za kulturą, ma je przeciw sobie, mawiał mój dziadek, dlatego zawsze wszystkie rządy są za sportem i przeciw kulturze. (s. 48)

Thomas Bernhard, „Autobiografie”, tłum. Sława Lisiecka, Wydawnictwo Czarne, 2011.

niedziela, 12 maja 2013

czy bajarz mówi prawdę?

Trochę orientu, trochę melodramatu, trochę opowieści detektywistycznej, a wszystko w ramach wschodniej sztuki snucia niekończących się opowieści. Hasan, tytułowy bajarz z Marrakeszu, zasiada na placu Dżama al-Fna', aby jak co wieczór zarabiać na życie opowiadaniem historii. Raz w roku opowieść bajarza dotyczy autentycznych wydarzeń z przeszłości: przyjazdu do Marrakeszu dwójki turystów, którzy zniknęli w niewyjaśnionych okolicznościach. Publiczny seans pamięci jest jednocześnie próbą wiarygodnej rekonstrukcji zdarzeń. W opowieść Hasana bez przerwy ingerują słuchacze; wydaje się, że większość z nich spotkała i zapamiętała parę, chociaż każdy z nich nieco inaczej. Jedni pamiętają kobietę o nieprawdopodobnej urodzie jako wyzywającą turystkę z Zachodu, inni ubierają ją w hidżab. Każdy szczegół pobytu dwójki nieznajomych na Dżama może zostać podważony, zinterpretowany na różne sposoby, w zależności od opowiadającego, jego poglądów, charakteru, nastawienia... W tej szkatułkowej opowieści, nieustannie wzbogacanej rozmaitymi (i często wzajemnie sprzecznymi) wersjami rekonstrukcji zdarzeń, a także wspomnieniami i opowieściami rodzinnymi samego Hasana, łatwo można się zgubić. To ładna opowieść o miłości (także braterskiej), wartości sztuki i prawdzie, ale też o islamie i jego wiernych. Idealna powieść na wiosenne wieczory. Nie uwiodła mnie, jak „Hakawati” Alameddine’a, ale jest przyjemną, mądrą lekturą ze smakiem orientalnego wschodu w tle. Dobra rozrywka.



Joydeep Roy-Bhattacharya, „Bajarz z Marrakeszu”, tłum. Anna Żarnecka, Wydawnictwo Lambook, 2013.

poniedziałek, 6 maja 2013

o psach bez psów

„I ktoś rzucił za nim zdechłego psa” Jeana Rolin jest najgorszą książką z serii reportażu Czarnego, jaką czytałam. Zapowiadało się fantastycznie: francuski reporter postanowił napisać książkę o bezdomnych, dzikich psach, które pojawiają się w określonych kontekstach społecznych – na terytoriach ogarniętych wojną, klęską żywiołową, miejscach, gdzie ład został naruszony. Zachęcała też entuzjastyczna opinia profesor Środy umieszczona na okładce:„życie psów feralnych, czyli zdziczałych, które obserwuje autor we wszystkich zakątkach świata, mówi nam wiele o ludzkich społecznościach, a nawet o ludzkiej naturze. Pokaż mi psy w swojej wspólnocie – zdaje się mówić autor – a powiem ci, jaka ona jest. Przyjrzyj się psom, które nikomu już nie towarzyszą, a zobaczysz, jaka może być przyszłość naszej cywilizacji”. I wszystko byłoby super, gdyby zawartość książki odpowiadała jej opisowi. Tak niestety nie jest. Bezdomne psy są wyłącznie pretekstem do przedstawienia krótkich obrazków reportersko-obyczajowo-psychologicznych z najróżniejszych części globu. Sęk w tym, że przez sporą część tych obrazków pies – jakikolwiek – przemyka się w piątym planie, a niektóre z opowieści z powodzeniem obywają się bez obecności jakiegokolwiek czworonoga. Co więcej, w miarę lektury pogłębiało się moje wrażenie, że autor najzwyczajniej pod słońcem psami się nie interesuje („wszyscy, poczynając ode mnie, kwestię pochodzenia psów mają raczej w nosie”) i psów nie lubi. Rozumiem, że psy bezdomne, zdziczałe lub urodzone jako dzikie nie są tematem najwdzięczniejszym do obserwacji i opisu. Rozumiem też, że napotkane młode kelnerki/tłumaczki etc. mogą być o wiele ciekawsze od jakiegokolwiek psa, a zwłaszcza psa bezdomnego. Jednak decydując się na napisanie książki o relacji między kondycją psów a charakterem nizin społecznych, autor powinien skupić uwagę na psach, a nie na dziewczętach, jakby atrakcyjne one nie były. W dziwnym reportażu Rolina psy, jeśli już na jakieś natrafimy, zasadniczo wyglądają jednakowo i są groźne. Autor co prawda nadrabia lekturami, przytacza nam literackie przykłady obecności bezdomnych psów od Biblii po Lowry’ego, ale jedyny wniosek, jaki z tych cytatów można wyciągnąć to ten, że psy od wieków żerowały na trupach. Jeśli już trafia się interesujący reporterski trop, jak czipowanie psów w Bangkoku, autor porzuca go, nie interesując się szczegółami. Zasadniczo niedbałość o szczegóły i niechęć do jakiejkolwiek systematyzacji, uogólnienia zdobytych w licznych podróżach doświadczeń, jest kolejną wadą książki. Nie wierzę, że bezdomne psy w krajach muzułmańskich i chrześcijańskich funkcjonują na tych samych zasadach. W różny sposób problem bezdomnych psów jest też rozwiązywany. Autor ma świadomość tego, że kolejne światowej rangi imprezy (przede wszystkim igrzyska olimpijskie czy sportowe mistrzostwa świata) dla krajów o dużej populacji bezdomnych psów oznaczają masową eksterminację tych zwierząt. Przerabialiśmy to samo przed Euro 2012, gdy z Ukrainy dochodziły sygnały o łapanych, mordowanych zwierzętach, często żywcem palonych. Rolin traktuje tego rodzaju praktyki jak zło konieczne, nie zastanawiając się w ogóle nad losem zwierząt. Porównanie miejskich schronisk dla psów w Rumunii (słynnej m.in. z wielotysięcznej populacji bezdomnych psów, wywołanej zresztą nie rewolucją, a oficjalnym zakazem Ceauşescu trzymania psów w domu, o czym Rolin zapomina wspomnieć) do „obozów śmierci” autor komentuje następująco: „Trzeba powiedzieć, że to porównanie stanowi dla obrońców psów – jak trafnie zauważył okrutny Basescu, są to najczęściej kobiety – pokusę, której nie zawsze potrafią się oprzeć”. Cóż, można by tu dodać, że przynajmniej kilku mężczyzn posługujących się słowem pisanym porównanie losu zwierząt do holocaustu zdążyło spopularyzować. Można by dodać, ale czy w ogóle jest sens dyskutować z osobą podważającą wartość danej opinii poprzez podkreślenie płci rozmówcy, a nie racjonalną argumentację? 



Nie wiem, dla kogo jest ta książka. Szczerze odradzam ją ludziom lubiącym psy i interesującym się nimi, bo psów właściwie w niej nie ma: nie ma jako zwierząt, nie ma jako indywidualnych istot, nie ma różnic między naszym domowym piesiem a jego nieoswojonym, groźnym kuzynem, nie ma psiego behawioryzmu, nie ma psiego losu, nie ma próby zrozumienia tego fenomenu (czy w ogóle zdziczenie psa, który wyróżnia się w świecie zwierząt umiejętnością dostosowania się do naszych jednostkowych przyzwyczajeń, zachowań, odruchów, co zapewniło mu przetrwanie i rolę przyjaciela człowieka”, jest z punktu widzenia autora jakimkolwiek fenomenem? szczerze wątpię), nie ma też antropologii i tak szumnie zapowiadanej analogii między społeczeństwem a kondycją bezdomnych psów, istot stojących na samym dole drabiny społecznej. Co zatem jest? Nie wiem, co warto w tej książce polecić. „I ktoś rzucił za nim zdechłego psa” nie jest typowym reportażem, stanowi raczej kolekcję obrazków z autorem w roli głównej – a takiej egocentrycznej literatury faktu nie lubię. Stylistyczna wirtuozeria Rolina i umiejętne konstruowanie baaaaaaardzo wielokrotnie złożonych, Proustowskich fraz (świetnie przetłumaczonych na polski przez Wiktora Dłuskiego) na tematy odległe od moich oczekiwań dodatkowo drażniły i jeszcze bardziej pogłębiały irytację na osobie autora, którego ostatecznie nie polubiłam.

Wniosek z lektury? Chwytliwy tytuł, ciekawy pomysł na książkę i budżet pozwalający na odbywanie podróży w egzotyczne miejsca to naprawdę za mało, żeby powstała dobra literatura faktu.

Jean Rolin, „I ktoś rzucił za nim zdechłego psa”, tłum. Wiktor Dłuski, Wydawnictwo Czarne, 2011.

PS. Po lekturze tego tekstu Pan Młodszy zwrócił mi uwagę, że zaczęłam pisać długie teksty, które najchętniej upchnęłabym w jeden gigantyczny akapit. Najwyraźniej po Bernharda nie sięga się bezkarnie... ;-)
Więcej o Bernhardzie za kilka dni.

czwartek, 2 maja 2013

homo sum?

Najpierw obejrzałam film: przyzwoity, interesujący jako całość, chociaż też nierówny. Oglądając go, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że książka, na podstawie której powstał, może być dużo ciekawsza. Może to kwestia zmiany perspektywy, bo nie musiałam już skupiać się na śledzeniu znanej fabuły, ale „Nie opuszczaj mnie” Kazuo Ishiguro wywarło na mnie dużo większe wrażenie jako powieść niż jako filmowa adaptacja w reżyserii Marka Romanka.



Taki odbiór może być też zależny od wpływu ostatnich lektur i wydarzeń. Czytając książkę Ishiguro, cały czas przychodziła mi do głowy argumentacja Dawkinsa, sprzeciwiającego się sztywnym podziałom na stworzonych przez Boga ludzi, posiadających duszę, którym należy się szacunek i „ludzkie” traktowanie, oraz wszystkie pozostałe byty, ludziom podporządkowane, pozbawione duszy i prawa do samostanowienia. Dobrze, odpowiada Dawkins kreacjonistom, kpiąc z ich teorii, zapewne większość ludzi bez namysłu zgodzi się z tym podziałem, wrzucając do drugiej grupy dżdżownice, wrony, psy czy krowy, co jednak zrobić z bytami pośrednimi? Z teoretycznie odnalezionym żywym Australopitekiem? Przyznać mu prawo do duszy, a co za tym idzie do własnych sądów, wyborów, niezależnego życia? A ludzie („ludzie”?) stworzeni za pomocą osiągnięć nauki? Co, jeśli rozwój genetyki pozwoli na dużo skuteczniejszy niż obecnie rozwój istot powoływanych do życia w laboratoriach? Co, jeśli społeczeństwo – wbrew temu, jak te istoty się czują, jak wyglądają, jak reagują – odmówi im człowieczeństwa, posiadania duszy, a co za tym idzie, praw? I czy naprawdę – szczególnie w świetle ostatnich sporów o dzieci zrodzone metodą in vitro –jesteśmy tak bardzo odlegli od tego rodzaju dylematów?

„Nie opuszczaj mnie” nie stawia tych pytań wprost; nie daje też na nie łatwych odpowiedzi. Powieść Ishiguro jest przewrotną i niesłychanie aktualną antyutopią, sprawiającą początkowo wrażenie tradycyjnej prozy wspomnieniowej, powieści o dojrzewaniu zmieszanej z melodramatem. Narratorka, Kathy H. opowiada o dzieciństwie spędzonym w specyficznej angielskiej szkole połączonej z internatem, gdzie uczyli się także jej najbliżsi przyjaciele. Nieuświadamiane lub wypychane ze świadomości przeczucia jej i jej rówieśników odnośnie tego, kim są i jaki czeka ich los, zostaną z czasem potwierdzone i zrealizowane. Ishiguro perfekcyjnie wprowadza czytelnika w świat Kathy i jej przyjaciół. Paradoksalnie, posłużenie się tradycyjną, emocjonalną narracją łączącą bildungsroman z melodramatem sprawia, że czytelnik utożsamia się z Kathy-człowiekiem. Nawet jeśli stopniowo uświadamia sobie, że dla swojego otoczenia Kathy i jej przyjaciele ludźmi nie są.



Nieustannie powracający wątek nacisku, wywieranego na uczniów przez nauczycieli, pragnących skłonić wychowanków Hailsham do rozwoju artystycznego za wszelką cenę, niepohamowanej kreatywności, ma swój cel: udowodnienie społeczeństwu fałszu podziału na ludzi i nie-ludzi, bazującego wyłącznie na sposobie powołania określonej istoty do życia. Jednak dołączenie do elitarnego grona ludzi nie jest takie proste: Kathy H., pozornie tradycyjna bohaterka konwencjonalnej historii o dojrzewaniu, musi ostatecznie wypełnić swój los, służebny wobec potrzeb „prawdziwych ludzi”.

Ishiguro świetnie łączy w „Nie opuszczaj mnie” kilka konwencji. Balansując między powieścią obyczajową a fantastyką, dyskretnie pokazuje zmieniającą się świadomość bohaterów, ich marzenia, lęki, rozwój. Napięcie związane z umowną granicą człowieczeństwa rozgrywa perfekcyjnie: okrucieństwo tej prozy kryje się między wierszami, zależy od wrażliwości czytelnika. Zimnej precyzji, z jaką społeczeństwo wykorzystuje klony, nie ma bezpośrednio w opowieści Kathy, pogodzonej ze swoim losem, dojrzałej, choć nieświadomej brutalności świata, w którym żyje, narratorki.

Kazuo Ishiguro, „Nie opuszczaj mnie”, tłum. Andrzej Szulc, Wydawnictwo Albatros, 2005.
„Never Let Me Go” („Nie opuszczaj mnie”), reż. Mark Romanek, 2010.

wtorek, 23 kwietnia 2013

gazety umierają?


„Śmierć gazet i przyszłość informacji” to tytuł, który trafnie zapowiada treść książki, ale stanowi także określoną diagnozę. Punktem wyjścia rozważań Bernarda Pouleta jest nieprzyjemne (i chyba też dlatego wypychane ze świadomości) założenie, że słowo pisane – przynajmniej w dotychczasowej, analogowej formie – kończy się lub przechodzi głębokie przemiany. Codziennie jesteśmy tego świadkami: wiedzę o bieżących wydarzeniach coraz rzadziej czerpiemy z gazet, o najświeższych wydarzeniach najszybciej dowiadujemy się dzięki linkowi wrzuconemu na portal społecznościowy. Rolę reporterów coraz częściej przejmują przypadkowi świadkowie niecodziennych zdarzeń, a nakręcone przez nich telefonami komórkowymi amatorskie filmiki stają się pełnoprawnym materiałem informacyjnym. To tylko kilka symptomów przemian funkcjonowania współczesnych mediów. Poulet podaje ich dużo więcej. To w dużej mierze fakty, które wydają się oczywiste (bo znamy je z własnej, codziennej obserwacji); wartością dodaną tej analizy jest próba usystematyzowania tych przemian, jednoczesnego porównania sytuacji mediów teraz i przed pięćdziesięciu laty w Europie i Stanach Zjednoczonych. Ten szeroki zakres zainteresowań autora sprawia, że poznajemy tak odmienne opinie, jak zdanie Thomasa Jeffersona (który miał stwierdzić, że gdyby przyszło mu wybierać między utrzymaniem przy życiu rządu i wolnej prasy, wybrałby tę ostatnią) i Steve’a Jobsa (który w ten sposób skrytykował Kindle’a: „to bezsensowny pomysł. Jakie ma w ogóle znaczenie, czy ten produkt jest dobry, czy zły, skoro tak naprawdę ludzie przestali czytać. W zeszłym roku 40% Amerykanów nie przeczytało ani jednej książki. Błędna jest od samego początku koncepcja tego produktu, ponieważ ludzie już nie czytają”). Jasny, poparty bezspornymi dowodami i liczbami wywód Pouleta pozwala czytelnikowi zrozumieć, w jaki sposób ta przemiana kulturowa była możliwa. Najciekawszy jest oczywiście opis dzisiejszej sytuacji i poszukiwanie dróg ratunku, które mogłyby uchronić gazety przed śmiercią. Poulet ma świadomość roli, jaką odgrywa w tym procesie pieniądz. Media z czwartej władzy, chroniącej demokrację, stały się poddanym prawom wolnego rynku graczem finansowym, zmuszonym do nastawienia na zysk, produkującym i sprzedającym informacje. Zatem domy medialne ze spółki edytującej treść musiały przekształcić się w firmy usługowe z branży informacyjno-rozrywkowej. Co nas może czekać? Próba udzielenia odpowiedzi na to pytanie, podobnie jak zarysowanie możliwych wizji przyszłości zarówno samych mediów, jak i demokracji, rozumianej jako instytucja, której funkcjonowanie uzależnione jest od wolnego dostępu do informacji wszystkich obywateli, może budzić uzasadniony lęk.

Może się okazać, że pogłębiona, przemyślana i zaprezentowana z odpowiedniej perspektywy informacja będzie wyłącznie domeną „elit”, podczas gdy większość odbiorców będzie dokonywała „zakupów” (lub nie) w licznych, bardziej lub mniej poważnych mediach, kierując się swoimi zainteresowaniami i przekonaniami. W takim kontekście kwestia władzy mediów wyglądać będzie zupełnie inaczej. Owszem, każde z mediów na swój sposób nadal będzie wpływać na „wiernych”, lecz wspólna przestrzeń publiczna, której media stanowią jedno z ostatnich wcieleń, może już wtedy przestać istnieć (s. 133).


Dostawcy usług ostrzegają jednak, że już niebawem sieć na świecie będzie przepełniona i mogą nastąpić poważne incydenty zakłócające jej funkcjonowanie, lub wręcz ją blokujące. Niektórzy proponują wprowadzenie wyższych opłat dla użytkowników sieci szerokopasmowej, a w dalszej perspektywie myślą o stworzeniu dwóch równoległych sieci: zachowaniu tej, która istnieje obecnie i funkcjonować będzie w sposób quasi-archaiczny, oraz stworzeniu sieci premium, działającej znacznie szybciej i wydajniej. No i oczywiście za wyższą cenę. Louis Pouzin, którzy współtworzył internet wraz z Vincentem Cerfem, zapewnia: „Kres neutralności internetu wydaje się nieunikniony, a zróżnicowanie proponowanych usług – i taryf – pojawi się w ofercie rynkowej”. Płacić będziemy za to, co konsumujemy, „tak jak w restauracji”, a usługi nie będą udostępniane wszystkim z taką samą szybkością (s. 252).


Jeżeli prawdą jest, że społeczeństwo, a szczególnie ci, którzy nim kierują, muszą być zorientowani, żeby móc działać, to prawdopodobnie ci właśnie ludzie zgodzą się zapłacić – i to drogo – za wiarygodne i prawdziwe informacje. Obok informacji ubogiej dla ubogich będzie też informacja bogata dla bogatych, a zatem w najlepszym razie będziemy mieli do czynienia z dwiema prędkościami (s. 258).




I w ramach appendixu, ciekawostki dla ofiar/miłośników globalizmu, outsourcingu i korporacji: najwyraźniej produkcja mediów coraz bardziej zaczyna przypominać inne korpo-prace…

Strona internetowa Pasadena Now (www.pasadenanow.com) zatrudnia pięciu dziennikarzy w Indiach, a ich zadaniem jest śledzenie bieżących wydarzeń w kalifornijskim mieście Pasadena na podstawie retransmisji wideo z posiedzeń rady miasta przekazywanych drogą internetową oraz informacji dostarczanych przez wolontariuszy na miejscu w Kalifornii (s. 245).


Dzisiaj widok redakcji on-line przywołuje na myśl obrazy z filmu Brazil: stłoczeni w rzędach młodzi ludzie wpatrują się w monitory komputerów, siedzą w open spaces i stukają cichutko w klawiaturę. Tak wyglądają wykwalifikowani robotnicy informacji, których status jest najczęściej mocno niepewny, a wynagrodzenie dosyć marne. Mówi się, ze globalizacja gospodarki doprowadzi do „eutanazji klasy średniej”. Cyfryzacja informacji wywołuje taki sam skutek w przypadku dziennikarskiej klasy średniej. Zarysowuje się powoli nowy obraz socjologiczny zawodu dziennikarza: z jednej strony mamy zdecydowaną mniejszość gwiazd, które umieją sprzedać swoje nazwisko i talent prowadzącego niczym markę, a z drugiej strony całą masę anonimowych i marnie opłacanych robotników wykwalifikowanych. „Średni” dziennikarze, którzy do tej pory stanowili zasadniczą część zespołów redakcyjnych, powoli znikają z horyzontu (s. 248).


 Bernard Poulet, „Śmierć gazet i przyszłość informacji”, Wydawnictwo Czarne, 2011.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

jak brat z bratem


Kiedy krzyknęłam: „John C. Reilly kupił prawa do sfilmowania Braci Sisters!”, Pan Młodszy spytał tylko: „kto?”. Ten aktor, który w „Rzezi” Polańskiego nie był Christopherem Waltzem. Uroda przeciętnego przechodnia w średnim wieku, mistrz drugiego planu, niedoceniany świetny aktor. Co prawda filmowa wyrocznia, jaką jest IMDB planów tych, jeszcze z 2011 roku, nie potwierdza, ale mam wielką nadzieję, że „Bracia Sisters” jednak sfilmowani zostaną i że Reilly w nich wystąpi.



Powieść Patricka DeWitta ma wszelkie atuty, jakie przydają się przy ekranizacji: są tu i pełnokrwiści bohaterowie, i podróż jako główna osnowa akcji, i dużo przygód, a do tego narracja zgrabnie balansuje między humorem a grozą. Największym wyzwaniem przy adaptacji tej prozy na filmowy scenariusz będzie uporanie się ze zmianą perspektywy narracyjnej i uzupełnienie szczegółów. W powieści narratorem jest jeden z tytułowych braci Sisters, Eli. Opowiadana przez niego historia koncentruje się na relacjach z bratem Charliem oraz opisie realizacji kolejnego zlecenia, jakie wydał im ich przełożony, Komandor. A ponieważ bracia są zatrudnionymi przez niego płatnymi mordercami, przygód podczas ich wędrówki nie może zabraknąć.

Ta na poły westernowa opowieść o podróży z Oregonu do San Francisco przez XIX-wieczną, ogarniętą gorączką złota Amerykę, świetnie obywa się bez szczegółowych opisów miejsc, które odwiedzają bracia. Ubłocone ulice małych miasteczek Dzikiego Zachodu, saloony i hotele są tak stereotypowymi elementami amerykańskiej mitologii i popkultury, że podczas lektury klisze z adekwatnymi obrazami niemal automatycznie pojawiają się przed oczyma. W tych doskonale opatrzonych sceneriach DeWitt każe swoim bohaterom – niepokonanym rewolwerowcom  zachowywać się nie do końca w zgodzie z wizerunkiem twardego faceta spod znaku Johna Wayna. Siłą „Braci Sisters” jest mocna strona obyczajowa i błyskotliwy zapis codzienności tytułowych bohaterów. Zatem Eli nie tylko strzela do ludzi, ale też poznaje pierwsze leki przeciwbólowe czy pastę do zębów i wybiera jej smak, przygotowuje posiłki, martwi się o swojego konia, próbuje schudnąć, odwiedza lekarza i dentystę, onanizuje się… Wszystkie te wydarzenia opowiedziane przez jednego z braci są nie tylko malowniczymi i często zabawnymi obrazkami obyczajowymi; stanowią też świetny pretekst do przedstawienia kolejnych barwnych postaci, w tym tytułowego rodzeństwa. W tej rodzinnej spółce funkcję szefa pełni Charlie, postać dużo bliższa naszym wyobrażeniom o rewolwerowcu niż jego młodszy brat. Charlie korzysta z życia: lubi zjeść i wypić, szybko załatwia sprawy z kobietami, nie patyczkuje się z ludźmi, których ma zabić. Pewny siebie i swojej szybkości, często dokucza bratu, chociaż nie umiałby bez niego pracować. Eli jest jego przeciwieństwem: otyły lub z tendencjami do tycia, jest tym słabszym, gorszym bratem, często wykorzystywanym (dla przykładu, jeśli bracia dzielą konie, to Chyży trafi do Charliego, a na Baryłce jeździć będzie Eli). Niezwykłe połączenie ociężałości i wrażliwości, w jakie wyposażył tego bohatera i narratora w jednej osobie DeWitt, leży u podstaw sukcesu tej książki. Eli jest poczciwy, dobroduszny, współczujący, a jednocześnie bez wahania zastrzeli każdego, kto może zagrozić jego bratu. Tę sprzeczność czytelnik uświadamia sobie dopiero po oderwaniu się od lektury: „Bracia Sisters” napisani są tak sugestywnie, że czyta się ich z fascynacją i radością. Ostatecznie braci Sisters nie da się nie lubić i nie kibicować im, zapominając o mrocznej stronie ich działalności.

Dlatego mam nadzieję, że ten film powstanie! Tym bardziej, że John C. Reilly jako Eli… to byłoby coś :-)

A dla tych, którzy nadal nie kojarzą gościa, jego popisowe role – w „Chicago” Roba Marshalla 


oraz w „Rzezi” Romana Polańskiego.



Patrick DeWitt, „Bracia Sisters”, tłum. Paweł Schreiber, Wydawnictwo Czarne, 2013.

wtorek, 9 kwietnia 2013

szaman współczesny

Egona Bondy’ego poznałam dzięki lekturze reportaży Mariusza Szczygła, który pisał o nim w „Gottlandzie” i „Zrób sobie raj”. Bondy to między innymi bohater „Czułego barbarzyńcy” Hrabala, barwna postać kontrkultury czechosłowackiej, mistrz poezji fekalnej pisanej w latach, kiedy należało sławić towarzysza Stalina, filozof i wykładowca uniwersytecki, autor wdzięcznych wierszyków, takich jak „Wczoraj rano przy niedzieli strasznie jajca mnie swędzieli” oraz wydanej w podziemnym obiegu powieści „Szaman”. Właśnie wydanie nieocenzurowanej wersji „Szamana” i wspomnienie oryginalności autora skłoniło mnie do sięgnięcia po książkę Bondy’ego.




Z początku „Szaman” wydaje się prostą parabolą życia w czasach totalitaryzmu. Niby akcja dzieje się w bliżej niesprecyzowanej wsi, a bohaterami są członkowie dzikiego, prymitywnego plemiona, którego rytm życia wyznaczają zmieniające się pory roku i związane z nimi polowania na renifery i coraz rzadsze mamuty, ale szybko zdajemy sobie sprawę, że opisy zwierzęcych skór, amuletów i namiotów są tylko maską dla dwudziestowiecznych konfliktów i dylematów. Szaman – podobno apologetyczny i krytyczny zarazem obraz samego autora – to u Bondy’ego starzejący się artysta, który pamięta dawne czasy i wcześniejszą (szamańską) sztukę, ale chcąc zachować pozycję we wsi, podporządkował się nowym wymaganiom. Co prawda, odprawia niektóre zakazane rytuały z młodymi zapaleńcami, ale robi to w ukryciu. Ma szamańską wiedzę, ale zdaje też sobie sprawę, że na potrzeby tłumu wystarczą mu proste sztuczki, które udowodnią jego duchową władzę. Oficjalnie stara się respektować zasady wprowadzone przez Urząd Bezpieczeństwa, ale prywatnie nie wierzy w nie. Zderzenie współczesnej mentalności z prymitywną scenerią budzi śmiech i wydobywa absurd specyficznej schizofrenii, jaką wymusza na podporządkowanych mu jednostkach system totalitarny. Ta część powieści, okraszona mocno erotycznymi opisami zbliżeń między Szamanem a inwigilującą go Agentką, absurdalnie zabawna i bezpretensjonalnie erotyczna, niczym słynna scena z pieczątkami w „Pociągach pod specjalnym nadzorem”, najbardziej kojarzy mi się ze stereotypowym (ale chyba w części chociaż prawdziwym?) „czeskim poczuciem humoru”. Tym bardziej czeskim, że mieszającym groteskę z nostalgią, bo starzejący się, coraz mniej dopasowany do rzeczywistości Szaman, jest też, przynajmniej w części, melancholikiem.

Stopniowo ta obyczajowa parabola, skupiona na analizie postaw wobec totalitaryzmu zmienia się w gęstą, filozoficzną rozprawę. Artysta ustępuje miejsca filozofowi; uczeń Szamana, Kukułka, wprowadza do książki nową perspektywę rozważań nad zagadnieniami etycznymi: dobrem, wolnością, sprawiedliwością, odpowiedzialnością za siebie i za wspólnotę. Szaman medytuje, rozmyśla nad nowym, naprawdę szczęśliwym ustrojem społecznym, wymyśla boga, który mógłby zbawić jego zepsuty świat, wreszcie mierzy się z Diabłem, wcieleniem zła. Mnogość odniesień do koncepcji etycznych, religijnych i społecznych przydaje „Szamanowi” wagi, intelektualnego ciężaru, ale ginie gdzieś początkowy humor, którym podszyta była opowieść.

A tu jeszcze znalezione w sieci słowo od tłumacza, Arkadiusza Wierzby, który wyjaśnia, dlaczego podjął się pracy nad tłumaczeniem „Szamana”:
http://www.ha.art.pl/komentarze/2269-arkadiusz-wierzba-slowo-od-tlumacza-11-powodow-dla-ktorych-musialem-przetlumaczyc-samana.html

Egon Bondy, „Szaman”, tłum. Arkadiusz Wierzba, Korporacja Ha!art, Kraków, 2012.