Wakacyjne upały, słońce w pełni, lato. Szukającym ochłody
proponuję przenieść się w chłodniejsze miejsce, nawet na parę godzin. Wybrać
się gdzie indziej, w inny klimat. Na przykład do Szwecji, gdzie przy okazji
może zmrozić Was kolejny skandynawski kryminał – tym razem „Hipnotyzer”.
Książki Larsa Keplera nie czytałam, więc nie jestem w stanie ocenić, na ile
film różni się od pierwowzoru, ani co jest lepsze. Film jest przyzwoity. Jest
oczywiście zimno, mroczno, psychopatycznie (wszystko, co od czasów Larssona
kochamy w tym gatunku najbardziej). Będzie też samotny gliniarz, który poprosi
o pomoc w śledztwie tytułowego hipnotyzera, na dokładkę dostajemy też
przerażające dzieci, krwawe zbrodnie i mroczne tajemnice.
Nie wiem, czy to kwestia adaptacji powieści i skrócenia jej
tekstu na potrzeby scenariusza, ale są w tym filmie fragmenty mniej wiarygodne.
Jakieś niedopracowanie, które sprawia, że całość nie dorównuje „Dziewczynie z
tatuażem”, ale na tyle akceptowalne, że trwamy z komisarzem Linną do końca tej
opowieści, chociaż wyłapywane luki w scenariuszu i pewien nagły brak przenikliwości u policjanta mogą drażnić. „Hipnotyzerowi” do filmu Finchera trochę brakuje, ale na letni
wieczór mogę polecić.
„Hypnotisören” („Hipnotyzer”), reż. Lasse Hallström, 2012.
Komedia obyczajowa, w której główne role
grają wdzięcznie starzejący się Maryl Streep i Tomy Lee Jones, warta jest obejrzenia
choćby wyłącznie dla tej dwójki gwiazd. Na szczęście „Dwoje do poprawki” trzyma poziom o niebo lepszy od przeciętnych amerykańskich produkcji tego typu. Co prawda głośne wybuchy śmiechu zastąpił tu
dyskretny uśmiech, ale też żenujące dowcipy zdarzają się rzadziej. Mówiąc
krótko: jest sympatycznie i jesiennie. Trzydzieści lat po ślubie Kay (Maryl
Streep) dochodzi do wniosku, że nie jest szczęśliwa w małżeństwie, które z
czasem zmieniło się we wspólne mieszkanie niezainteresowanych sobą osób. Chcąc
to zmienić, Kay postanawia wziąć z mężem udział w tygodniowej terapii małżeńskiej z dala od domu.
Ożywienie ich związku wymagać będzie od Kay i Arnolda (Tommy Lee Jones)
przedarcia się przez latami narastające kompleksy, żale i uprzedzenia. Będzie
więc trochę dramatycznie, trochę spornie i trochę zabawnie, ale że bohaterowie to typ „wrażliwego
twardziela” i „gotowej zaszaleć mamuśki” to z góry wiadomo, jak się to wszystko skończy. Przewidywalne – owszem, ale Tomy Lee Jones strzelający focha – bezcenne.
„Hope Springs” („Dwoje do poprawki”), reż. David Frankel, 2012.
Ryzykowny
manewr kapitana statku lotniczego ratuje życie jego i znacznej większości
pasażerów. Tyle, że – o czym wiemy od samego początku, a co stanie się jednym z
tematów świetnie zrobionego „Lotu” Roberta Zemeckisa – kapitan nie był wtedy do
końca trzeźwy…
Między
spektakularną prawie-katastrofą (z tych „nigdy więcej nie wsiadam do samolotu”)
z początku filmu a dramatem sądowym w jego finale, jest w „Locie” miejsce na
bardzo dobry scenariusz, wiarygodnych psychologicznie bohaterów, dynamiczną,
nieoczekiwaną fabułę, świetnych aktorów (uroczy epizod niezmiennie
charyzmatycznego Johan Goodmana) i angażującą opowieść o walce głównego
bohatera: trochę ze światem, bardziej z samym sobą i swoimi nałogami. „Lot” to kino
niewątpliwie hollywoodzkie z tym, co w Hollywood najlepsze: perfekcyjna
realizacja, budząca emocje, w bonusie stawiająca pytania o winę i
odpowiedzialność. Plus Denzel Washington jako dojrzały mężczyzna o mentalności
ujmującego łobuza, który musi stawić czoła rzeczywistości. Polecam!
Gdybym
miała podsumować „Głęboko, prawdziwie, do szaleństwa” jednym zdaniem, brzmiałoby
ono:
Brytyjska wersja „Ducha” (z Patrickiem Swayze, nie mówcie, że nie
znacie!) zrobiona przez reżysera zaczytującego się Freudem.
Dobrze
brzmiące uproszczenia bywają jednak krzywdzące, zatem rozwinę myśl. Reżyserski
debiut Anthony’ego Minghelli (Oscar za dużo mniej interesującego„Angielskiego pacjenta”) okazał się
zaskakująco błyskotliwy.
Nina
nie radzi sobie z życiem po śmierci ukochanego męża. W pracę się nie angażuje,
stary dom, w którym mieszka, stopniowo popada w ruinę, zamieszkaną przez
szczury, a wszystkim tym dużo bardziej przejmują się jej przyjaciele niż ona
sama. Jak to bywa w opowieściach: ogromny żal żony, nieustannie opłakującej
swojego męża, sprawia że mąż powraca. Jako duch. Czy jednak rzeczywiście tego właśnie
pragnie Nina…?
Ten uroczy i (o dziwo!) zabawny film ma przynajmniej kilka
nie starzejących się z czasem zalet: bezpretensjonalne angielskie poczucie humoru,
sympatycznych bohaterów, bardzo dobrych aktorów (wracającego z zaświatów męża
gra cudownie neurotyczny Alan Rickman, szeryf z Nottingham w „Robin
Hoodzie” Costnera) i wreszcie wielopłaszczyznowy scenariusz. Można „Głęboko…” oglądać
jak kolejną przyjemną bajkę filmową, a można też widzieć w niej bardzo
wiarygodny obraz procesu przepracowania żałoby. Jedna interpretacja nie osłabia
drugiej, można bawić się wdziękiem, z jakim to filmowe cacko zostało zrobione i
doceniać inteligencję jego twórców. Baaaaaaardzo na tak!
A zamiast trailera dzisiaj będzie piosenka. Bo duch to był muzykalny i obdarzony poczuciem humoru :)
„Truly Madly Deeply” („Głęboko, prawdziwie, do szaleństwa”),
reż. Anthony Minghella, 1990.
„Karmel” pokazał mi Pan Młodszy. Pamiętam jeszcze, jak
czytałam entuzjastyczny wywiad z reżyserką, Nadine Labaki, w „Wysokich Obcasach”,
ale koniec końców film obejrzałam dużo później. I jak chyba większość widzów zachwyciłam się tym ciepłym obrazem mieszkanek współczesnego Bejrutu. Do
kolejnego filmu Labaki, „Dokąd teraz?”, nikt już nie musiał mnie namawiać.
Tym razem, zamiast bliskowschodniego miasta przenosimy się
na wieś, leżącą na bliżej niesprecyzowanym libańskim końcu świata. Mieszkańców
liczy sobie ta mieścina tylu, że wszyscy się tu znają. Jest też cywilizacja: jeden
kościół, jeden meczet, jedna kawiarnia i jeden sklep. A także jeden telewizor –
bo właśnie od uroczystej inauguracji telewizji, oglądanej wspólnie na
jedynym odbiorniku (gdzieś w polu, bo tylko tam można było złapać sygnał),
zaczyna się film. Telewizja przyspiesza zmiany, jakie zachodzą także w pozornie odciętej od świata wiosce:
wiadomości z kraju, w którym ciągle dochodzi do spięć na tle religijnym,
docierają także tu, jeszcze szybciej niż dotychczas. Maleńka społeczność
chrześcijan i muzułmanów, sfilmowana przez Labaki, także podlegać będzie tym
napięciom. A raczej podlegać im będą mężczyźni. Z tym poważnym tematem Labaki
mierzy się w swoim stylu: z poczuciem humoru, z sympatią wobec bohaterów, czy
wreszcie z dyskretnym feministycznym mrugnięciem oka w tle. Mężczyźni –
zapalczywi, przywiązani do idei honoru, tradycji i religii – będą bronić,
odpowiadać zemstą na obrazę, krzywdę (prawdziwą lub wyobrażoną), czy wreszcie
atak na „swoich”. Co innego kobiety. Wszystkie: te noszące chusty na głowach, i te w
wydekoltowanych sukienkach, spotykają się i wspólnie próbują przywrócić pokój w wiosce. Bez
zbędnego filozofowania: zgoda jest dla nich równoznaczna z życiem. Wiedzą, co
jest ważne: etykiety „chrześcijanin” czy „muzułmanin” tracą na znaczeniu, jeśli
przypisani im ludzie giną. A właśnie śmierci mężów i synów, zabitych w
kolejnych odwetach, bohaterki Labaki chcą uniknąć. A ponieważ są bohaterkami
Labaki, wezmą się za to z zabawną pomysłowością i wzruszającym poświęceniem. To
sprawia, że „Dokąd teraz?”, mimo poważnego tematu, ogląda się z niekłamaną
przyjemnością; obyczajowe obrazki bawią, mieszkanki wioski budzą podziw i
sympatię (czego one nie wymyślą, żeby dopiąć swego), realizm i szczypta powagi
nie pozwalają całości osunąć się w przeszarżowaną groteskę. Piękny, ciepły,
uśmiechnięty film. Na odtrutkę pochmurnej wiosny!
I jeszcze haszyszowa piosenka w wykonaniu jedynych takich
pań:
„Et maintenant, on va où? ” („Dokąd
teraz?”), reż. Nadine Labaki, 2011.
Miało być erotyczne – a w PRL-owskim kinie było odważniej.
Miało być Lynchowsko i onirycznie – a wyszedł raczej Barczyk. Miało być
lokalnie – a wątek polski kompletnie nie przekonuje. Miał być dramat obsesji –
a wyszedł nużący sen/marzenie głównej bohaterki. Jak mnie to wszystko wynudziło!
Nie polecam.
„Kvinden Der Drømte
Om En Mand” („Kobieta, która
pragnęła mężczyzny”), reż. Per Fly, 2010.
Jak dobrze, że nie oglądałam tego filmu
w kinie! Nie dlatego, że „Polowanie” jest aż tak słabe i żal by mi było
wydanych na bilet pieniędzy; raczej dlatego, że prawdopodobnie wyszłabym z kina
z obgryzionymi paznokciami i objawami wyczerpania nerwowego. Nowy film
Vinterberga zapewnia widzowi przyjemność porównywalną nie tyle z „Festen”, jego
najsłynniejszym dziełem, ile z równie optymistycznym „Dogville” Larsa von
Triera. Oba filmy bazują na podobnej koncepcji niewinnej ofiary, prześladowanej
przez społeczność. W „Polowaniu” ofiarą tą jest sympatyczny przedszkolanek
Lucas (Mads Mikkelsen), oskarżony przez jedną z wychowanek o molestowanie
seksualne. Ciąg dalszy jest psychologicznie perfekcyjny, co nie zmienia faktu,
ze śledzenie mechanizmu, który prowadzić może wyłącznie do eskalacji przemocy
(i jako widzowie nie mamy co do tego nawet przez chwilę wątpliwości), jest
emocjonalną drogą przez mękę. Wiemy, że to się nie może skończyć dobrze,
śledzimy, jak krok za krokiem los Lucasa zmierza w stronę przeczuwanej przez
nas katastrofy.
Wiarygodny, mocny, nieprzyjemny,
przygnębiający film.
„Jagten” („Polowanie”), reż. Thomas
Vinterberg, 2012.
Andrzej Jakimowski kręci za mało. Odliczając filmy
dokumentalne i krótkometrażowe, dostaliśmy od niego trzy fabularne pełne
metraże, nakręcone w ciągu dziesięciu lat. To mało, chociaż jeśli weźmie się
pod uwagę, że reżyser jest też za każdym razem autorem scenariusza, a całość,
jaką dostajemy, jest zawsze świetnie napisana, zagrana, zrealizowana i
zmontowana – to ten długi czas czekania na kolejny film jakoś jestem skłonna
Jakimowskiemu wybaczyć.
Trudno pisze się o tych filmach, jeśli lubiąc je, chciałoby
się do nich kogoś jeszcze zachęcić. Jakimowski nie robi kina elitarnego.
Przychodzi mi tu do głowy określenie „kino familijne”, adekwatne, gdyby nie
wiązało się z głupawymi komediami amerykańskimi o rodzicach i ich dzieciach. Bo
chociaż u Jakimowskiego pojawiają się i rodzice, i dzieci, a obraz jest
okraszony sporą dawką poczucia humoru, to w jego filmach nie ma nic urągającego
inteligencji i wrażliwości widza. To wizja świata i ludzi bardzo rzadka, pełna
sympatii i szacunku dla swoich bohaterów. Ciepło, jakie emanuje z tych obrazów,
sprawia, że zamiast rechotu z bohatera-idioty, dostajemy radość płynącą z
obserwacji drobnych gestów filmowych bohaterów, których szczerze lubimy i kibicujemy im.
Co ciekawe, pomysły Jakimowskiego na fabuły bardziej
przywodzą na myśl porządnie dołujące europejskie kino obyczajowe spod znaku
Dogmy, czy na rodzimym gruncie – kino moralnego niepokoju – niż film do
obejrzenia z całą rodziną, który niezawodnie poprawia nastrój. „Zmruż oczy”
opowiada o nieletniej uciekinierce z domu, ukrywającej się na wsi. W „Sztuczkach”
dostajemy historię wakacji dwójki dzieci. Starsza siostra usiłuje dostać pracę,
młodszy chłopiec snuje się po Wałbrzychu, marząc o powrocie do domu ojca, który
zostawił rodzinę. Akcja „Imagine” dzieje się w ośrodku dla ociemniałych, gdzie
nowo przybyły nauczyciel walczy o samodzielność rezydentów. Mówiąc w skrócie: nieszczęśliwe dzieci, bieda, choroby. Z tych potencjalnie
depresyjnych tematów Jakimowski – bez łatwego pocieszania – wyciąga to, co w ludziach
najlepszego: szacunek dla drugiego człowieka, bezinteresowność, dobro.
Zachwycające wizualnie filmy Jakimowskiego, kręcone w zalanych słońcem
plenerach Suwalszczyzny („Zmruż oczy”), Wałbrzycha („Sztuczki”) oraz Lizbony („Imagine”)
przenoszą widza do trochę lepszej wersji naszego codziennego świata. Aż żal go
opuszczać, kiedy kończy się film…
Przyznam się od razu: do tej pory nie byłam wielką fanką
Johny’ego Casha ani Joaquina Phoenixa, chociaż każdego z panów trochę znałam i trochę
lubiłam. Po obejrzeniu „Walk the Line”, Cash z komórki gra mi dość regularnie,
a za Oscara dla Phoenixa za każdą rolę, jaką zagra w przyszłości, już dziś
trzymam kciuki.
Ten film ma wszystko, co potrzebne do uwiedzenia widza:
świetną muzykę (piosenki Casha!), doskonałych aktorów (wspomniany Joaquin
Phoenix oraz nie ustępująca mu Reese Witherspoon, nagrodzona za tę rolę Oscarem) i łapiący za serce scenariusz.
Biografia Casha nie jest wyłącznie opowieścią o twórcy; to historia życia
artysty, skupiająca się na najważniejszych punktach. Jest tu zatem traumatyczna
opowieść z dzieciństwa, początki muzykowania, pierwsza płyta, trasy koncertowe i rozpędzająca się
kariera, ale nie zabraknie też elementów osobistych: małżeństwa i rozwodu,
niespełnionej miłości, która odbije się na życiu Casha narkotykową jazdą.
Phoenix, aktorski mistrz w kreowaniu postaci pękniętych, złamanych, w „Walk the
Line” tworzy podobny typ bohatera. W przeciwieństwie do późniejszego Freddiego
Quella z „Mistrza” czy Kommodusa z „Gladiatora”, jego Cash jest człowiekiem
dziwnym, trudnym we współżyciu, ale też ogromnie sympatycznym. Kibicujemy mu
cały czas, od pierwszych przesłuchań po kolejne oświadczyny, ciągle z nadzieją,
że chłopak wreszcie sobie w życiu coś poukłada…
Ciekawostka: wszystkie wykonane w filmie piosenki
są zaśpiewane przez Phoenixa i Witherspoon i stanowią ścieżkę dźwiękową do „Walk
the Line”. Wybrani przez Casha i June Carter aktorzy uczyli się śpiewu i gry na
instrumentach. Efekt? Stuprocentowa wiarygodność w każdej scenie.
„Walk the
Line” („Spacer po linie”), reż. James Mangold, 2005.
Majówka mija w strugach deszczu, wszędzie pachnie mokrym
psem. Smętna szaruga za oknem. Jeśli też spędzacie ten czas w mieście, przenieście
się w słoneczne pejzaże. Takie jak w „Życiu Pi” Anga Lee.
Książkę Yanna Martela czytałam lata temu i zdążyłam już ją
zapomnieć. Nie zachwyciła mnie wtedy, pewnie dlatego na film
Anga Lee się nie wybierałam, kojarząc go z hasłem „chłopiec na łódce z tygrysem”.
Hasłem nadużywanym, bo chociaż skrótowo opisuje ono sporą część fabuły, to
krzywdzące jest sprowadzanie „Życia Pi” do tego obrazu. Wbrew zapowiedziom, sytuującym film między kinem familijnym a przygodowym, „Życie Pi” mówi też kilka nieprzyjemnych rzeczy o samych ludziach, postawionych w sytuacjach
ekstremalnych. Może stąd niezrozumienie i niedocenienie filmu? Jego strona wizualna jest zachwycająca. Indyjskie dzieciństwo tytułowego bohatera to ciąg
zalanych światłem, ciepłych, orientalnych obrazów, w których dominują piękne zdjęcia zwierząt, nieodzowne, bo rodzice Pi prowadzą ogród zoologiczny. Te
kadry połączone z ciepłym, sympatycznym poczuciem humoru i postacią narratora, dorosłego
Pi (w tej roli Irrfan Khan – świetny wybór reżysera), sprawiają, że oglądamy
film z uśmiechem na twarzy. I tak właściwie może zostać już do końca.
Rodzice Pi zostają zmuszeni do wyjazdu.
Statek, którym płyną ze zwierzętami, łapie sztorm. Na ratunkowej szalupie znajdzie się
zatem i Pi, i tygrys, i jeszcze kilka innych zwierząt. Tę niezwykłą opowieść
można właściwie do ostatnich kadrów oglądać jako perfekcyjnie zrealizowaną, wzruszającą baśń
o chłopcu i zwierzętach zamkniętych na maleńkiej przestrzeni, walczących o
przeżycie. To jest wersja zdarzeń, którą wybrał sam Pi i którą nam opowiada. Ale jest też druga. Ta,
którą wyparł ze świadomości. W tej wersji wydarzenia
zasadniczo pozostają te same, zmieniają się „tylko” bohaterowie: w miejsce
zwierząt musimy sobie podstawić ludzi, którzy wraz z Pi znaleźli się na szalupie ratunkowej.
Wtedy, niczym u braci Grimm, bajka może okazać się zakamuflowaną brutalną,
okrutną opowieścią o walce, jaką musieli stoczyć rozbitkowie, aby przeżyć. Którą opowieść wybierzesz?
Najpierw obejrzałam film: przyzwoity, interesujący jako
całość, chociaż też nierówny. Oglądając go, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że
książka, na podstawie której powstał, może być dużo ciekawsza. Może to kwestia
zmiany perspektywy, bo nie musiałam już skupiać się na śledzeniu znanej fabuły,
ale „Nie opuszczaj mnie” Kazuo Ishiguro wywarło na mnie dużo większe wrażenie
jako powieść niż jako filmowa adaptacja w reżyserii Marka Romanka.
Taki odbiór może być też zależny od wpływu ostatnich lektur
i wydarzeń. Czytając książkę Ishiguro, cały czas przychodziła mi do głowy
argumentacja Dawkinsa, sprzeciwiającego się sztywnym podziałom na stworzonych
przez Boga ludzi, posiadających duszę, którym należy się szacunek i „ludzkie” traktowanie, oraz wszystkie pozostałe byty, ludziom podporządkowane, pozbawione duszy i
prawa do samostanowienia. Dobrze, odpowiada Dawkins kreacjonistom, kpiąc z ich
teorii, zapewne większość ludzi bez namysłu zgodzi się z tym podziałem,
wrzucając do drugiej grupy dżdżownice, wrony, psy czy krowy, co jednak zrobić
z bytami pośrednimi? Z teoretycznie odnalezionym żywym Australopitekiem?
Przyznać mu prawo do duszy, a co za tym idzie do własnych sądów, wyborów,
niezależnego życia? A ludzie („ludzie”?) stworzeni za pomocą osiągnięć nauki?
Co, jeśli rozwój genetyki pozwoli na dużo skuteczniejszy niż obecnie rozwój
istot powoływanych do życia w laboratoriach? Co, jeśli społeczeństwo – wbrew
temu, jak te istoty się czują, jak wyglądają, jak reagują – odmówi im
człowieczeństwa, posiadania duszy, a co za tym idzie, praw? I czy naprawdę –
szczególnie w świetle ostatnich sporów o dzieci zrodzone metodą in vitro –jesteśmy tak bardzo odlegli od tego rodzaju dylematów?
„Nie opuszczaj mnie” nie stawia tych pytań wprost; nie daje też na nie łatwych odpowiedzi. Powieść Ishiguro jest przewrotną i niesłychanie
aktualną antyutopią, sprawiającą początkowo wrażenie tradycyjnej prozy
wspomnieniowej, powieści o dojrzewaniu zmieszanej z melodramatem. Narratorka,
Kathy H. opowiada o dzieciństwie spędzonym w specyficznej angielskiej szkole
połączonej z internatem, gdzie uczyli się także jej najbliżsi przyjaciele.
Nieuświadamiane lub wypychane ze świadomości przeczucia jej i jej rówieśników
odnośnie tego, kim są i jaki czeka ich los, zostaną z czasem potwierdzone i
zrealizowane. Ishiguro perfekcyjnie wprowadza czytelnika w świat Kathy i jej
przyjaciół. Paradoksalnie, posłużenie się tradycyjną, emocjonalną narracją łączącą bildungsroman z melodramatem sprawia, że czytelnik utożsamia się z
Kathy-człowiekiem. Nawet jeśli stopniowo uświadamia sobie, że dla swojego
otoczenia Kathy i jej przyjaciele ludźmi nie są.
Nieustannie powracający wątek nacisku, wywieranego na
uczniów przez nauczycieli, pragnących skłonić wychowanków Hailsham do rozwoju
artystycznego za wszelką cenę, niepohamowanej kreatywności, ma swój cel:
udowodnienie społeczeństwu fałszu podziału na ludzi i nie-ludzi, bazującego wyłącznie na sposobie
powołania określonej istoty do życia. Jednak dołączenie do elitarnego grona
ludzi nie jest takie proste: Kathy H., pozornie tradycyjna bohaterka
konwencjonalnej historii o dojrzewaniu, musi ostatecznie wypełnić swój los,
służebny wobec potrzeb „prawdziwych ludzi”.
Ishiguro świetnie łączy w „Nie opuszczaj mnie” kilka
konwencji. Balansując między powieścią obyczajową a fantastyką, dyskretnie
pokazuje zmieniającą się świadomość bohaterów, ich marzenia, lęki, rozwój.
Napięcie związane z umowną granicą człowieczeństwa rozgrywa perfekcyjnie: okrucieństwo
tej prozy kryje się między wierszami, zależy od wrażliwości czytelnika. Zimnej
precyzji, z jaką społeczeństwo wykorzystuje klony, nie ma bezpośrednio w
opowieści Kathy, pogodzonej ze swoim losem, dojrzałej, choć nieświadomej
brutalności świata, w którym żyje, narratorki.
Kazuo Ishiguro, „Nie opuszczaj mnie”, tłum. Andrzej Szulc, Wydawnictwo Albatros, 2005.
„Never Let Me Go” („Nie opuszczaj mnie”), reż. Mark Romanek,
2010.
Czasem dopada mnie chęć nadrabiania zaległości, rzuci się w
oczy jakiś tytuł, ktoś coś poleci, jakaś nagroda zostanie przyznana, człowiek
myśli sobie, że pewnie warto, siada i czyta albo ogląda. Tak było u mnie z „Joanną”
Feliksa Falka. Wydawało mi się, że nazwisko reżysera gwarantuje pewien poziom…
myliłam się.
Już początek „Joanny” jest fatalny, ale postanowiłam dać filmowi
szansę i brnęłam dalej. Pierwsza scena w kawiarni jest rodem ze słabego teatru telewizji,
do tego zagranego przez złych aktorów: statyczna, drętwa, sztuczna.
Potem robi się co prawda lepiej, Urszula Grabowska robi, co może, żeby tytułową
postać jakoś obronić, ale to walka skazana na porażkę przy tym stężeniu
stereotypów i banałów, jakie serwują nam reżyser i scenarzysta. Generalna koncepcja filmu jest słuszna: szlachetna Polka ratuje małą żydowską dziewczynkę. Oczywiście, ratuje ją w kościele, gdzie
dziewczynka ukryła się przed łapanką, a Joanna przyszła pomodlić się w intencji powrotu męża, który zaginął po wyruszeniu na wojnę. Tak, nie mylicie się, dziecko w kościele
znalezione do kościoła wraca i w finale filmu Joanna ukryje dziewczynkę u
zakonnic.
Między tymi dwiema wizytami w kościele toczą się dość przewidywalne zdarzenia: Joanna przywiązuje się do dziewczynki, która zastępuje
jej własne dziecko, i postanawia ukryć ją u siebie. Ktoś (wścibska portierka? w tej roli oczywiście
Stanisława Celińska) donosi na nią, że przechowuje Żydów. Wpadają Niemcy,
niczego nie znajdują, jeden z oficerów powraca potem do niej już sam, zafascynowany
urodziwą Polką, która do tego gra na fortepianie i mówi po francusku. Podczas kulturalnej rozmowy o Stendhalu niemiecki oficer
znajduje dziewczynkę, Joanna nie ma wyjścia, oddaje mu się, żeby ocalić małą.
Niemiecki oficer okazuje się dobrym niemieckim oficerem, bo nie tylko nie
wydaje Joanny, ale jeszcze zdobywa informacje o śmierci jej męża. W międzyczasie pojawia się
wątek Kingi Preis, która namawia naszą bohaterkę do znalezienia sobie sponsora,
co rozwiązałoby jej liczne problemy z utrzymaniem się samej (Joanna ma
rodziców, ale woli mieszkać sama w gigantycznym mieszkaniu, chociaż w sumie nie
ma pracy albo traci tę, którą właśnie zdobyła. Bez sensu, ale nie ja to
wymyśliłam). Gdybyśmy nie wpadli, po co jest wątek postaci granej przez Preis, scenarzysta każe jej dopowiedzieć, że jak jej mąż wróci z wojny, to wtedy będzie dobrze, a
ona przecież nie robi „tego” z Niemcem, więc nie ma problemu. Ponieważ akcja
dzieje się w Krakówku, w którym wszyscy zawsze wszystko wiedzą
o wszystkich, to po drugiej wizycie niemieckiego oficera (skądinąd wizycie
bardzo przyzwoitej, bo mającej na celu wyłącznie przekazanie informacji o
zmarłym mężu Joanny, więc wszystko odbywa się na ulicy) na Joannę znowu ktoś
donosi (czyżby wścibska portierka?). Tym razem do AK, które za utrzymywanie
stosunków z Niemcami goli jej głowę. O domniemanej zdradzie córki natychmiast dowiaduje się
matka, która zmienia refren z „jak długo jesteśmy rodziną, wszystko będzie dobrze” na „nie chcę cię więcej widzieć,
taki wstyd!” Gdybyśmy, jako widzowie, mieli jakieś wątpliwości, wobec tego, co
czuje Joanna, dostajemy scenę Bożego Narodzenia, w czasie której samotna Joanna leży
jak kłoda, żydowska dziewczynka się do niej przytula, a w tle leci „Lulajże, Jezuniu”. Następnie Joanna oddaje dziecko do zakonnic i sama postanawia umrzeć (niczym Weronika).
A ponieważ przez pół filmu bohaterka ogląda swoje zdjęcia z wycieczki z mężem w
Tatry, postanawia umrzeć w Tatrach! Ostatnia scena filmu pokazuje ją, jak idzie
czymś, co na oko wygląda jak Czerwone Wiechy (ale mogę się mylić), by zniknąć w
śnieżnej mgle… (kuriozum roku. Czy w czasie wojny wyjście w góry, z uwagi na możliwość nielegalnego przekroczenia
granicy, było w ogóle możliwe? Abstrahuję od tego, że zimą po górach raczej się brodzi w śniegu po kolana a nie spaceruje przetartą ścieżką niczym na chodniku...)
Mam świadomość tego, że wszystkie elementy tego nieudanego
scenariusza są same w sobie prawdziwe lub co najmniej prawdopodobne, ale sposób
ich zestawienia, historia, jaka z nich powstaje, składa się wyłącznie z mieszanki
klisz, patosu i banału, przedstawionych w pretensjonalny sposób, który w
zamyśle reżysera miał mną wstrząsnąć. Powolne tempo zdarzeń i kameralność
obrazu miały sprzyjać kontemplacji kolejnych etapów upadku Joanny, dla której
jedynym wsparciem jest miłość i zaufanie obcego dziecka. Słuszne założenie, ale
widz może być zaangażowany i wzruszony jakąkolwiek historią wyłącznie wtedy, jeśli nie traktuje się go jak idioty. Pozornie dopracowana konstrukcja filmu Falka,
w której wybory i dramaty bohaterów są całkowicie przewidywalne, staje się
banalna, a sposób przedstawienia mieszanki dobra i zła w prezentowanych
postawach cechuje się subtelnością piły mechanicznej. Nudne, irytujące,
złe kino. Szkoda, że znów pogrążyło skądinąd potencjalnie dobry temat. Aż boję
się oglądać „W ciemności”.
Oglądamy bollywooda. Najnowszego z SRK. Jak to w bollywoodzie:
melodramat do potęgi, uczucia bardziej niż ogromne, dramatyczne zwroty akcji i
Shah Rukh coraz bardziej boski, więc całość porywająca. W kulminacyjnym momencie, kiedy nie wiadomo, czy ona wróci do niego, czy nie (bo Bóg honor
ojczyzna w wersji hindi zawsze może stanąć na przeszkodzie, więc nigdy nie wiadomo), pytam
go retorycznie:
Ja: no ale nie zostawiłbyś dla niego męża, żeby do niego
wrócić?!
Na ogół staram się nie wczytywać w recenzje filmów, których
jeszcze nie widziałam: nie chcę się z góry uprzedzać ani nastawiać, wolę potem
skonfrontować własną interpretację ze zdaniem zawodowych krytyków. Pewnie
dlatego z recenzji poświęconych „Drogówce” Wojtka Smarzowskiego zapamiętałam
właściwie tylko tyle, że to film jak na polską średnią bardzo dobry, ale już
jak na możliwości samego reżysera mógł być lepszy. Niestety, nie pamiętam,
jaki błąd lub błędy miałby popełnić przy kręceniu „Drogówki” Smarzowski; ja nie
zamierzam go krytykować ani mu niczego wypominać. W „Drogówce” dostajemy to
wszystko, za co Smarzowskiego kochamy i nienawidzimy: niepowtarzalnie
realistyczny obraz Polski współczesnej, przygnębiająco trafną diagnozę nas – małych
i nie tak bardzo pomnikowych mieszkańców tego zepsutego kraju, samotnego bohatera,
który ratując resztki własnej godności stawia czoło złu w walce, której wygrać
się nie da. Jeśli dodamy do tego gorzko-groteskowe poczucie humoru, podlejemy
odpowiednią ilością przelanej wódki i obsadzimy aktorami Smarzowskiego (Arkadiusz
Jakubik, Marian Dziędziel, Bartłomiej Topa, Maciej Stuhr, ale też ostatnio
Agata Kulesza, Kinga Preis, Marcin Dorociński) – dostajemy filmową wizję Polski
wg Smarzowskiego. Może nas ten obraz nie cieszyć, można spierać się z jego prawdziwością,
ale nie sposób odmówić mu siły.
Wbrew moim oczekiwaniom, wywołanym obejrzeniem niezbyt
udanego trailera filmu, „Drogówka” nie składała się z serii obyczajowych skeczy,
w których policyjne służby drogowe zatrzymują kolejnych, skretyniałych lub
pijanych w trupa kierowców i przyjmują od nich łapówki, w przerwach zabawiając
się z zatrzymanymi prostytutkami. W tym punkcie właściwy film Smarzowskiego dopiero
się zaczyna i opisany obrazek jest zaledwie wierzchołkiem góry lodowej („wierzchołkiem
gównianej góry lodowej”, dopowiada mi Pan Młodszy), z jaką przyjdzie nam się
zmierzyć. Kalejdoskop zatrzymanych kierowców okazuje się ostatecznie
niebagatelnym elementem konstruującym fabułę filmu, podobnie jak irytujący
początkowo motyw paradokumentalnych krótkich filmików „z życia drogówki”,
kręconych przez wszystkich bohaterów telefonami komórkowymi i zmontowanymi na
przemian z tradycyjną taśmą filmową.
W porównaniu z wcześniejszymi filmami Smarzowskiego „Drogówka”
jest dużo bardziej popkulturowa. Kiedy wreszcie z chaosu pozornie nieznaczących
zdarzeń, ostro zakrapianych imprez, przypadkowego, szybkiego seksu i rosnącej
frustracji podczas pełnionej służby naszą uwagę przyciągnie jeden z bohaterów i
związane z nim zdarzenia, „Drogówka” staje się właściwie kinem akcji, ambitnym
i precyzyjnie skonstruowanym filmem sensacyjnym z elementami thrillera, „Ściganym”
w wersji polskiej.
Trudno ten film opisać i nie zniszczyć suspensu, jaki
proponuje nam Smarzowski. Dlatego tutaj się zatrzymam. Powiem jedno: jak widzę
przy drodze gliniarzy z „suszarkami” – myślę już o nich trochę inaczej niż
dotychczas.
To kolejny film, za który polskiemu dystrybutorowi należą się
szczególne brawa: dzięki kreatywnemu tłumaczeniu tytułu prawie nie obejrzałam „Poradnika
pozytywnego myślenia” (w oryginale „Silver Linings Playbook”). Na szczęście „Trójkowo
– Filmowo” przekonało nas, że może jednak nie jest to kolejna głupawa
amerykańska komedia romantyczna. Na szczęście! Bo o ile termin „komedia” jest
tu na miejscu, o tyle „romantyczności” w „Poradniku…” właściwie nie ma, a ta
opowieść o uczuciach, którą oglądamy na ekranie, nie ma nic wspólnego z klasyką
gatunku firmowanego swego czasu przez Toma Hanksa i Meg Ryan. Uffffff...
Jak można zatem
opisać „Poradnik…”? Jego fabuła właściwie nie zapowiada komedii: on przez
większość filmu pragnie sprawić, żeby wróciła do niego żona, do tego jest
socjopatą z problemami z agresją, przejętymi zresztą od ojca. Ona jest młodą
wdową wychodzącą z depresji po śmierci męża. Właściwie też socjopatyczna,
chociaż mniej niż on. Jest zatem coś, co ich łączy... Te w gruncie rzeczy przygnębiające
życiorysy dalekich od doskonałości bohaterów reżyser filmu nieszablonowo wpisuje
w stereotypowe ramy znanego gatunku. Mamy zatem jego i ją, nierównoczesny
rozwój ich uczuć, wspólny cel, który ich połączy, okraszony do tego konkursem
tanecznym, w którym oboje biorą udział. I… niespodzianka: dzięki ryzykownemu
połączeniu kiczowatego gatunku i oryginalnych bohaterów powstał film zabawny i
mądry. Pat i Tiffany (on i ona) przy wszystkich swoich problemach emocjonalnych
wydają się bliżsi przeciętnemu widzowi niż Hanks i Ryan kiedykolwiek wcześniej.
Ale też Hanks i Ryan starali się być raczej mili i zabawni, nie pozwalając
sobie na to, żeby ich bohaterowie działali na granicy śmieszności, żenady i
szczerości – a między tymi uczuciami balansują odgrywający w „Poradniku…”
główne role Jennifer Lawrence i Bradley Cooper. W efekcie żart dominujący w
filmie to rodzaj „facepalm comedy” (bo jak to inaczej nazwać?): dowcip łączący
śmiech z czymś żenującym, nie w sensie opowieści o czynnościach
fizjologicznych, ale z tym, co w nas wstydliwe, słabe, sentymentalne. „Facet,
nie rób tego!” wołamy, zasłaniamy dłonią oczy, ale patrzymy i kibicujemy. Bo
ten facet szczerze i narażając się na śmieszność coś robi albo komuś coś
wyznaje i trochę nas ta śmieszność krępuje, ale też bawi.
Co ciekawe, bohaterom „Poradnika pozytywnego myślenia” daleko do
ideału. To amerykańska klasa średnia: większości z nich coś udało się osiągnąć,
własny dom, stała praca, ale wiedzą, że te zdobycze mogą równie szybko stracić.
Ta świadomość i stres z nią związany sprawiają, że swoistą psychozą, utratą
stabilności emocjonalnej zagrożeni są właściwie wszyscy bohaterowie filmu,
także ci, którzy pozornie wiodą poukładane życie rodzinne.
Tyle piszę o psychice bohaterów „Poradnika…”, jakby to był poważny
dramat psychologiczny. Tak też można go interpretować, ale „Poradnik
pozytywnego myślenia” to przede wszystkim dobra rozrywka: z wiarygodnymi i
budzącymi ogromną sympatię bohaterami, z fajnym poczuciem humoru, wreszcie z
obrazem ludzi nie różniących się tak bardzo od nas.
I jeszcze na koniec o aktorach: cudowny jest De Niro jako ojciec
głównego bohatera, bardzo dobry Badley Cooper jako pierwszoplanowy świr. Jennifer
Lawrence po Oscarowej gali kochają już chyba wszyscy. W „Poradniku…” gra znowu
(po świetnym „Do szpiku kości” i bardziej hollywoodzkich „Igrzyskach śmierci”)
dziewczynę-twardzielkę, ale to emploi ogrywa na tyle wdzięcznie, wiarygodnie i niuansując tego typu role, że mi ta
powtarzalność nie przeszkadza.
„Silver Linings Playbook” („Poradnik pozytywnego myślenia”), reż. David O. Russell, 2012.
Lubię Marjane Satrapi. „Persepolis” podobało mi się i jako
podczytywany w księgarniach komiks, i jako jego późniejsza adaptacja filmowa. Opis fabuły „Kurczaka ze śliwkami”, najnowszego
filmu Satrapi wydał mi się mniej interesujący (niestety, nie znam komiksowego pierwowzoru filmu, także autorstwa Satrapi), ale byłam ciekawa, jak artystka
znana z komiksu i animacji poradziła sobie z pełnometrażowym filmem aktorskim.
Efekt? Jeszcze bardziej lubię Marjane Satrapi!
Kłopot z „Kurczakiem” jest taki, że opisując film ciężko nie
powiedzieć chociaż w jednym zdaniu, o czym on jest. A „Kurczak ze śliwkami” w
zasadzie opowiada prostą historię Nassera-Ali, najwybitniejszego skrzypka swoich
czasów, historię rozbitą na kilka obrazów, najważniejszych w jego życiu
momentów: nauka gry na skrzypcach, niespełniona miłość, nieudane małżeństwo, relacje
z dziećmi, wreszcie zniszczenie instrumentu przez nieszczęśliwą żonę i
pragnienie śmierci, które spełni się po kolejnych dniach wspominania
przeszłości. Tyle ze zdarzeń. Wydaje mi się, że reżyserom, Vincentowi Paronnaud
i Marjane Satrapi bardziej zależało na tym „jak”, a nie „co” opowiedzą. Może to
być wadą, może się podobać. Mnie uwiódł nastrój Teheranu lat pięćdziesiątych XX
wieku, Teheranu przedrewolucyjnego, bardzo wówczas prozachodniego i bardzo
retro. Najmocniejsza w „Kurczaku ze śliwkami” jest właśnie jego strona
wizualna, która dość banalną opowieść zmienia w piękną, orientalną baśń. Twórcy
filmu bawią się kadrami, zmieniają poetyki i konwencje, łącząc dramat obyczajowy
z elementami groteski i komedii. Urodę dawnego Iranu tworzy zarówno perfekcyjna
praca operatora, jak i malownicze animacje panoramy Teheranu. O dziwo, ten
melancholijny nastrój bardziej kojarzy mi się z książkowymi wizjami Istambułu u
Pamuka czy z uwodzicielsko baśniowym „Hakawatim – mistrzem opowieści”
Alameddine’a niż z „Amelią” Jeuneta, z
którą niesłusznie „Kurczaka” porównywano. Wyidealizowana uroda zdecydowanie
słodkiej „Amelii” nie do końca przekłada się na równie piękne kadry z filmu Satrapi,
którego wydźwięk, mimo wszystkich zabawnych scen, jest jednak bardziej gorzki: Nasserowi-Alemu, w
przeciwieństwie do Amelii, całkiem sporo nie udało się osiągnąć, a
uświadomienie sobie własnej porażki budzi w nim pragnienie śmierci.
„Kurczaka ze śliwkami” nie byłoby bez Mathieu Amalrica
(kolejny w tym poście artysta, którego lubię). Psychotyczny czarny charakter z „Quantum
of Solace” i dotknięty paraliżem bohater „Motyla i skafandra”. Mam wrażenie, że
swobodnie i wiarygodnie – w zależności od roli – zmienia maski obłędu i
normalności. Jego Nasser-Ali to zmęczony życiem człowiek, dość przeciętny, który
jednak kiedyś był wielkim artystą… Bardzo ładna ta rola, niejednoznaczna. A w epizodach
partnerują mu Isabella Rossellini, Chiara Mastroianni i Jamel Debbouze.
Smacznego!
„Poulet aux prunes” („Kurczak ze śliwkami”), reż. Vincent
Paronnaud, Marjane Satrapi (2011).
Jeśli jeszcze nie nucicie pod nosem „Django... Django...”, bardzo
proszę jak najszybciej to nadrobić, iść do kina i nucić! „Django” Quentina Tarantino
poprawia nastrój, jak mało co tej zimy. I niezależnie od tego, co kto sądzi o
hektolitrach czerwonej farby, totalnej rąbance, odstrzeliwaniu głów i całej tarantinowskiej otoczce związanej z pokazywaniem przemocy – to jest dobry,
mocny i mądry film, ze świetną (jak zawsze!) muzyką.
Nie widziałam w życiu ani ćwierć spaghetti westernu, ale gdyby
którykolwiek z nich miał być równie udany, jak radośnie parodiujący ich
konwencję „Django”, to pewnie stałabym się fanką gatunku. Fabularnie „Django” dzieli
się na dwie części: pierwszą, w której czarnoskóry niewolnik staje się
partnerem niemieckiego dentysty i razem z nim pracuje jako łowca głów oraz
drugą, związaną z odnalezieniem i uwolnieniem ukochanej głównego bohatera,
sprzedanej jako niewolnica na inną plantację. Dwa tematy, dwie tonacje.
Pierwsza, bardziej łotrzykowsko-przygodowa. Doktor Schultz (tym razem budzący
sympatię widza Christoph Waltz) i uwolniony przez niego Django przemierzają
Stany, biali, których zabijają, to na ogół źli ludzie, jest tu i wolność
podróży, i spora dawka absurdalnego tarantinowskiego humoru (wolę nie wkopywać
się w wyliczanie scen, i smaczków, które pamiętam i które są piękne, bo wyjdzie z tego opis
trzech czwartych filmu, ale spór o białe worki na głowach, które noszą chcący dokonać
zemsty na naszych bohaterach biali plantatorzy, jest mistrzostwem dialogu – kto widział, ten potwierdzi), i dużo
zabawy. Niewolnictwo, rasizm, nierówność, wyzysk, przemoc – wszystko, co w
pierwszej części raczej obracało się w żart, w drugiej połowie filmu zyskuje
swoją wagę.
Hilde – żona Django (czarnoskóra niewolnica znająca niemiecki i
nazywająca się Brunhilda!) – może być odkupiona tylko podstępem. Dotychczasowi
łowcy głów podają się zatem za kogoś innego i przedstawiają jej właścicielowi.
Sam Django z krwawego mściciela okrutnych białych plantatorów wejść musi w rolę
czarnego handlarza niewolnikami, człowieka wolnego, ale pogardzanego, awansowanego
niewolnika, który tylko sprytem i okrucieństwem mógł uniknąć losu innych
czarnych. Wcześniejsze rozterki etyczne tytułowego bohatera znikają. Chcąc
odkupić Hilde od psychotycznego właściciela plantacji (fascynujący DiCaprio
jako wyrafinowany okrutnik Candy), Django musi przekonująco odegrać swoją rolę
i udowodnić, że jest taki, jak otaczający go biali: nieczuły na ogrom zła,
które spotyka pozostałych niewolników. Sceny, w których podaje się za handlarza
niewolników to w filmie moment, w którym urywa się śmiech. Okrucieństwo wobec
murzynów staje się czystym złem, bez domieszki zabawy, aktem, który boli także
widza. Tarantino perfekcyjnie kieruje emocjami widowni: wszyscy kibicujemy
Django w jego walce o prawo do własnego szczęścia. Jego zwycięstwo dokona się
efektownie, przy dźwiękach muzyki z lat siedemdziesiątych, z ostentacyjnie
parodiującą spaghetti westerny sceną triumfu naszego bohatera. Nie sposób
oprzeć się tej euforii, jak kiczowaty by ten finał nie był.
Podziwiam Tarantino za dialogi, umiejętność pisania scenariuszy
wbrew wszelkim możliwym szkołom (kiedy każdy rozsądny scenarzysta kazałby
bohaterom działać, on zatrzymuje akcję i traci czas na wielominutowy dialog o
niczym) oraz za ufność wobec aktorów: dialogi dialogami, ale bez kunsztu
Jamiego Foxxa, Leonardo DiCaprio, Christopha Waltza, Samuela L. Jacksona
(genialna rola „dobrego, wiernego murzyna” spod znaku Wuja Toma i „Przeminęło z
wiatrem”, niejednoznaczna, jak i pozostałe) „Django” nie byłby aż tak
porywający. Idźcie na „Django” i dajcie się mu uwieść!
Myślę, że gdyby Italo Calvino dożył premiery „Atlasu chmur”,
to stałby się fanem tego filmu. Dlaczego tak uważam? Bo przez większą część „Atlasu”
czułam się jak podczas lektury „Jeśli zimową nocą podróżny” Calvino. Powieść
Calvino opowiada o Czytelniku, który rozpoczyna czytać książkę, niestety na
skutek błędu wydawniczego po pierwszym rozdziale nie może jej skończyć. Kolejne
książki i rękopisy zbiera w księgarni, u wydawcy, u tłumacza, wszystkie mają
zaprowadzić go do ukończenia lektury tej
powieści, którą zaczął czytać, ale teksty, po które sięga, okazują
się czymś innym. Razem z Czytelnikiem poznajemy początki tych
najróżniejszych gatunkowo potencjalnych powieści, przy czym żadna z nich nie
wychodzi poza pierwszy rozdział, a wszystkie są ze sobą w jakiś sposób
powiązane – na przykład podobnymi bohaterami, przedstawianymi w różnych kontekstach i w
różnych konfiguracjach oraz atmosferą zagrożenia.
Porównanie „Atlasu chmur” z książką Calvino nie opuszczało mnie przez cały seans. Przede wszystkim dlatego, że ten długi film złożony z
kilku dziejących się w różnych okresach historii (jest i XVIII wiek, i
futurologiczna przyszłość), w których widzimy grono tych samych aktorów, przez
długi czas sprawia wrażenie, jakby jego twórców interesowała sama wewnętrzna różnorodność stylistyczna, a nie opowiedzenie
spójnej historii. Powieść Calvino to dziesięć początków różnych historii,
częściowo zazębiających się, mniej lub bardziej intuicyjnie wyczuwamy między
nimi istniejącą więź, ale ponieważ mamy tam i powieść podróżniczą, i kryminał,
i powieść historyczną, i science fiction – różnic między nimi jest dużo więcej.
Żadna z nich nie zostaje rozwinięta, moje czytelnicze pragnienie podążenia za
oferowaną mi fabułą, zwodzi mnie na manowce, powieść jest hołdem złożonym żywiołowi
opowieści bez doprowadzenia którejkolwiek z nich do końca. Liczne wątki
składające się na „Atlas chmur”, pocięte i wymieszane, przez długi czas
(naprawdę długi: jakieś dwie pierwsze godziny) sprawiają wrażenie, jakby miały
przede wszystkim hamować rozwój jakiejkolwiek akcji. Próba ich ułożenia i znalezienia między nimi logicznych powiązań może budzić frustrację. Lepiej chyba, jak u Calvino,
cieszyć się z samych opowieści i nie zastanawiać nad ich sensem… tym bardziej,
że właśnie tego ostatniego „Atlasowi” brakuje. Być może, gdyby film powstał na
przełomie tysiącleci, załapałby się na falę new age’u i nie budziłby sceptycyzmu.
Jednak stwierdzenie, że nasze czyny
zmieniają przeszłość i przyszłość, sprzedawane dzisiaj jako podstawowa myśl filozoficzna trzygodzinnego widowiska, jest pewnym nadużyciem. Koniec końców film
uważam za nieudany: przy tej ilości bohaterów i wątków żaden z nich nie zdążył
mnie wciągnąć na tyle, żeby z którąkolwiek z postaci się utożsamić lub
szczególnie jej kibicować. Nawet potencjalnie najbardziej interesujące wątki
futurystyczne nie dosięgają do poziomu „Matriksa”. Mam wrażenie, że najlepiej bawili się przy realizacji „Atlasu chmur” sami twórcy, charakteryzatorzy i aktorzy, przebierani do każdego wątku,
tworzący w filmie po kilka najróżniejszych postaci. Oczywiście, zabawnie jest oglądać Halle
Berry jako blond Żydówkę oraz doszukiwać się kolejnych znanych
aktorów w coraz bardziej zwariowanych charakteryzacjach, ale to za mało, żeby „Atlas
chmur” uznać za wciągający i skłaniający do refleksji.
„Cloud
Atlas” („Atlas chmur”), reż. Tom Tykwer, Lana Wachowski, Andy Wachowski,
2012.
Bałam się „Tataraku”. Ktoś zdążył powiedzieć, że to wstrząsający
film, gdzieś przeczytałam entuzjastyczną (i w podobnym tonie) recenzję – i przez
długi czas omijałam go szerokim łukiem, bo niekoniecznie chciałam oglądać filmy
o śmierci. Wreszcie nadszedł ten czas i zmierzyłam się z tym (póki co) ostatnim
filmem Wajdy.
Najważniejsze z wrażeń po jego obejrzeniu to rozczarowanie. Nie
wstrząsnął mną. Co więcej, obejrzałam ten film z niesłabnącym poczuciem
dystansu wobec tego, co oglądam. Nie można powiedzieć, że to film zły,
szczególnie, jeśli jako modelowy zły film posłuży nam „Katyń”. „Tatarak” jest
na szczęście dużo lepszy, ale i tak wszystkie zachwyty nad nim uważam za
przesadzone.
Kłopot sprawia mi przede wszystkim opanowanie materiału
literackiego, wykorzystanego w filmie. „Tatarak” powstał na podstawie trzech
tekstów: opowiadania „Tatarak” Jarosława Iwaszkiewicza, „Zapisków ostatnich”
Krystyny Jandy oraz „Nagłego wezwania” Sandora Marai. Przyznaję – nie czytałam
żadnego z nich. Jednak wrzucenie trzech tekstów w trwający godzinę dwadzieścia (z
napisami) film o nie tak znowu dużej ilości zdarzeń budzi moje wątpliwości, czy
na pewno w ten sposób dobrane teksty powinny być sfilmowane. Co więcej, na filmowy
„Tatarak” składają się następujące wątki: pierwszy – będący adaptacją
Iwaszkiewicza; drugi – monolog Jandy o chorobie i śmierci jej męża, Edwarda
Kłosińskiego; i trzeci – zdjęcia z offu, wokół powstawania filmu. Gdzie zatem
ten Marai? Może gdybym znała jego tekst wcześniej, udałoby mi się zobaczyć go w
filmie Wajdy…
Trzy wątki, a każdy wadliwy. Adaptacja Iwaszkiewicza, w
przeciwieństwie do fenomenalnych „Panien z Wilka” – nie porywa, choć jest przyzwoita.
Tu najgorsze są sztuczne dialogi. Z kolei monologi Jandy, o których szczerości
tyle pisano brzmią lepiej jako tekst, kręcone są dyskretnie, z nieruchomej
kamery ustawionej w pustym pokoju. Jest malarsko i teatralnie. Janda powściąga
emocje i gra bez typowej dla siebie histerii, ale to nadal jest Janda. Dla
wielbicieli Jandy. Sceny z kręcenia „Tataraku” – kuriozum. Janda z Wajdą w
plenerze na próbie czytanej, Janda czyta na głos opowiadanie Iwaszkiewicza,
passus o zapachu tataraku, trochę kadzidlanym, trochę błotnym, który
narratorowi kojarzy się z młodością i śmiercią jednocześnie. Co jakiś czas
Wajda podaje jej liść tataraku do powąchania. Ona przerywa lekturę i wącha z
zamyśleniem i wczuwaniem się (w rolę? W nastrój opowieści?). Od tej tautologii
jeszcze gorsza jest tylko scena poruszonej filmowaną właśnie śmiercią Bogusia
Jandy, która ucieka z planu filmowego. Niepotrzebna, histeryczna, kompletnie niewiarygodna.
Główny motyw fabuły, oparty na opowiadaniu Jarosława
Iwaszkiewicza, opowiada o matczyno-erotycznej relacji, łączącej umierającą
panią Martę z Bogusiem, chłopcem dorastającym, takim, jakim nigdy nie stali się
jej zabici w Powstaniu Warszawskim synowie. Na grającą rolę pani Marty Krystynę
Jandę ciężko mi było patrzeć. Pozbawiona zmarszczek twarz, nowy rysunek ust… Rozumiem
powody, dla których ktoś poprawia sobie urodę, ale ciężko mi zaakceptować ich
rezultat – sztuczną twarz. Na partnerującego Jandzie Pawła Szajdę w roli
Bogusia patrzy się przyjemnie, bo urodę ma żywcem „z epoki”, za to nie daje się
go słuchać, tak fatalnie jest zdubbingowany. Na szczęście, poza parą głównych
bohaterów, jest na co patrzeć i czego słuchać, dzięki pracy operatora – Pawła Edelmana
i autora muzyki do filmu – Pawła Mykietyna. Zdjęcia i muzyka są zdecydowanie
najmocniejszą częścią dzieła.
I znowu okazało się, że patent Wajdy, polegający na zebraniu
genialnej ekipy i korzystania z jej zbiorowej energii jakoś się sprawdził. Duet
Edelman – Mykietyn to jednak za mało, żeby ten film komuś polecić, ale
przynajmniej (nareszcie!) kolejny film Wajdy daje się bez większego bólu obejrzeć.
Szkoda, że pomysły, które kiedyś gwarantowały Wajdzie sukces (adaptacje
Iwaszkiewicza, robienie z rzeczywistości materiału filmowego) – teraz wydają
się wtórne, nieudane. Aż strach pomyśleć, co mistrz zrobi teraz „Wałęsie”…
Dawno temu, było sobie trzech braci. Rodzice im zmarli,
zatem najstarszy, który był najmądrzejszy, zajmował się młodszymi. Pomagał mu w
tym młodszy brat, najsilniejszy z całej trójki. A najmłodszy, głupi Jasio,
czekał na to, aż dorośnie i pokaże starszym braciom na co go stać. I kiedy w
wiosce pojawia się zły człowiek, bracia muszą stawić mu czoła. Okazuje się,
że najmłodszy Jasio jest najsprytniejszy z braci i pokonuje złe moce, a
jednocześnie zdobywa rękę księżniczki.
Znacie? Znamy… No to obejrzyjcie „Gangstera” (kolejny
przyczynek do nieudanych tłumaczeń tytułów filmów, „Gangster” to jednak nie to
samo, co „Lawless”!), którego fabuła oparta jest na znanej bajce o trzech
braciach. Uzupełnić co prawda tę bajkę trzeba o fakt, że bracia trudnią się
produkcją bimbru w czasach prohibicji, a złym człowiekiem jest głęboko
antypatyczny wysłannik policji i że starcie między nimi jest niebajkowo ostre i
krwawe. Można jeszcze dodać, że bajkę tę opowiada Nick Cave, który jest autorem scenariusza
i ścieżki dźwiękowej do filmu. No a jak Cave opowiada bajkę (skądinąd opartą na
faktach), to już wiemy, czego się spodziewać. Nie sama fabuła jest w „Gangsterze”
ważna, bardziej liczy się, jak to jest opowiedziane. Wypracowane, piękne kadry,
fantastyczne zdjęcia, bardzo dobra scenografia, muzyka z południa Stanów
rekompensują wolne tempo narracji. Świetni są sami bohaterowie, bardziej typy narysowane
kilkoma wyrazistymi kreskami niż zniuansowane psychologicznie postaci, ale w
tej opowieści, trochę stylizowanej na mityczną, to się sprawdza. Pan Młodszy poleca bardzo, ja chyba nie aż tak entuzjastycznie, ale to przyjemny sposób na spędzenie wieczoru.