„Odkryłem, że całkiem dobrą strategią, gdy ktoś pyta mnie,
czy jestem ateistą, jest uświadomić mu, że on również jest ateistą, wszak nie
wierzy w Zeusa, Apollona, Amona Ra, Mitrę, Baala, Thora, Wotana, Złotego Cielca
ani w Latającego Potwora Spaghetti. Ja po prostu poszedłem o jednego boga dalej”.
(Richard Dawkins, „Bóg urojony”).
Znowu ktoś powoływał się na Dawkinsa – tym razem Michał
Heller w rozmowie dla „Książek”. Uznałam, że czas najwyższy coś z tym zrobić,
zrozumieć, czemu ciągle ktoś się na niego powołuje i w ogóle, o co z tym
fenomenem Dawkinsa chodzi. Sięgnęłam zatem po „Boga urojonego”, chociaż trochę
bałam się tej książki: wielka, sześćsetstronicowa rozprawa o nieistnieniu Boga?
Brzmiało groźnie. Nie taki jednak Dawkins straszny. „Bóg urojony” powstał w określonym
celu, który pewnie można by nazwać „promocją ateizmu” i od razu powiem, że jest
to promocja udana. Dawkins jest naukowcem inteligentnym, dalekim od
stereotypowego, niekomunikatywnego typa, który poza własną specjalizacją nie
widzi świata. Połączenie błyskotliwości, ciętego poczucia humoru i świetnego
stylu pisarskiego sprawia, że Dawkinsa czyta się z przyjemnością, a jego
argumenty, dalekie od nudnych, teoretycznych, abstrakcyjnych wywodów, łatwo się
zapamiętuje. Co ważniejsze, dzieło Dawkinsa nie służy wyłącznie jako dowód, że
rację w tym sporze mają ateiści. Samemu faktowi nieistnienia Boga Dawkins
poświęca wyłącznie pierwsze rozdziały „Boga urojonego”, gdzie rozprawia się z
teologicznymi dowodami istnienia Boga, przeciwstawiając im dowody naukowe.
Szczerze mówiąc, nie podejmuję się dyskutować z tą częścią traktatu: nigdy nie
rozumiałam dowodów filozoficznych, subtelne średniowieczne rozważania dotyczące
istnienia Boga zapewne znalazłyby swoich obrońców w gronie znawców tematu, natomiast
Dawkins chwyta się najprostszej metody, retorykę obalając retoryką, pokazując
absurd tego sposobu myślenia i przeprowadzania dowodzenia dzisiaj, kiedy
zdroworozsądkowy nie-teolog może właściwie tego rodzaju argumentację wyłącznie
wyśmiać.
Wielkość „Boga urojonego” nie bierze się jednak wyłącznie z
tego, że książka stanowi summę wszystkich argumentów, jakie przytaczają w
dyskusjach ateiści, choć jest to niewątpliwie jej zaletą. Zakres dzieła
Dawkinsa znacznie przekracza ramy wyznaczone tytułem książki. Autor nie tylko
zbiera w jednym miejscu dowody nieistnienia Boga oraz dyskutuje z dowodami jego
istnienia, przytaczanymi przez drugą stronę sporu. „Bóg urojony” jest nie tyle
dyskusją z każdym światopoglądem zakładającym istnienie Boga, ile dziełem
proponującym w jego miejsce światopogląd całkowicie ateistyczny. Dawkinsa nie
zadowala stwierdzenie, że z naukowego punktu widzenia istnienie Boga jest
nieprawdopodobne; autor idzie dalej: jeśli Boga nie ma, skąd wzięła się
religia, jaka jest jej rola w życiu społeczeństw, wreszcie: dlaczego jest
szkodliwa? Jeśli nie ma Boga, skąd zatem bierze się moralność? Etyka? Dlaczego
pewne przykazania etyczne są dla nas wspólne mimo różnic religijnych? Ta część książki jest też głosem w polskich
sporach o współczesność, gdzie ateista nadal musi udowadniać, ze jest
człowiekiem uczciwym, gdzie antykoncepcja jako mordowanie nienarodzonego życia
jest dużo większym problemem niż torturowanie zwierząt, czy też gdzie wybór
rodziców o niechrzczeniu dziecka może je stygmatyzować na wiele lat jego życia.
Tę część połknęłam w całości, z radością uświadamiając sobie, ze Dawkins nie
ucieka od wielu pytań ważnych też dla mnie, na które nie umiałam sformułować
odpowiedzi lub tylko ją przeczuwałam. Okazuje się, że więcej we mnie z ateisty
niż sama to przed sobą przyznawałam...
Szczególnie ujęła mnie kwestia etyki. Dawkins idzie za
intuicjami Singera i udowadniając stopniowe „łagodnienie” gatunku ludzkiego,
który różne rodzaje przemocy zdążył już odrzucić, zakłada dalszy rozwój etyki
zmierzający w stronę łagodzenia cierpienia zwierząt. Dawkins przypisuje taką
postawę ewolucjonistom, którzy skłonni są widzieć w pozostałych gatunkach
zwierząt naszych braci w ewolucji, istoty, z których wywodzi się gatunek
ludzki, w przeciwieństwie do kreacjonistów, którzy rygorystyczne prawa etyczne
przykładają wyłącznie do – coraz szerzej pojmowanego – gatunku ludzkiego, co w
praktyce oznacza przyznanie praw ludzkich embrionowi i pozbawienie skazanych
przez ludzi na cierpienie zwierząt jakichkolwiek praw. Absurd takiego podejścia
wyśmiewa Dawkins każąc nam wyobrazić sobie, że nagle zostaje znaleziony jeden z
naszych przodków, powiedzmy Australopitek. Jeśli jesteś kreacjonistą, mówi
Dawkins, musisz odpowiedzieć sobie na pytanie, czy Australopitek jest
człowiekiem i dopiero potem będziesz wiedział, czy masz traktować go jak
człowieka, czy jak zwierzę. Jako ewolucjonista zgadzasz się z tym, że
Australopitek jest częścią określonego systemu, jednym z ogniw łączących cię z
resztą świata przyrody i jako taki zasługuje na twój szacunek i dobre traktowanie,
podobnie jak wszyscy inni, którzy tutaj razem z tobą żyją. O ile nie ze
wszystkimi argumentami Dawkinsa się zgadzam (chociaż absolutnie też nie uważam
go za fanatyka ateizmu, czy oszołoma – tym bardziej, ze w „Bogu urojonym” jest
też część poświęcona kulturowemu znaczeniu Biblii i jej znajomości), o tyle
jego rozważania pokazujące dalsze konsekwencje „religijnego” myślenia o świecie
i pokazujące rozsądną, racjonalną i etycznie bliską mi alternatywę wobec nich,
uwiodły mnie i przekonały do autora.
I chyba nareszcie odważę się przeczytać „Wyzwolenie zwierząt”
Singera. Pewnie nie to było głównym celem Dawkinsa, ale szkoda zmarnować tyle
inspiracji i myśli, jakie „Bóg urojony” we mnie wyzwolił. Nie wiem, czy jestem
ateistą. Nie wiem też, czy jedna książka może kogokolwiek do wiary skłonić lub
od niej odwieść. Jestem jednak pewna, że totalny program ateistyczny,
zaproponowany przez Dawkinsa jest inspirujący, racjonalny i udowadnia, ze
proste przeciwstawienie człowieka religijnego, któremu nieobca jest metafizyka,
transcendencja i wrażliwość – ateiście, pozbawionemu „uczuć wyższych”, a zatem
w pewien sposób wybrakowanemu, niepełnemu jako człowiekowi, pozbawionemu jakieś
istotnej części – przestało być aktualne.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz