Myślę, że gdyby Italo Calvino dożył premiery „Atlasu chmur”,
to stałby się fanem tego filmu. Dlaczego tak uważam? Bo przez większą część „Atlasu”
czułam się jak podczas lektury „Jeśli zimową nocą podróżny” Calvino. Powieść
Calvino opowiada o Czytelniku, który rozpoczyna czytać książkę, niestety na
skutek błędu wydawniczego po pierwszym rozdziale nie może jej skończyć. Kolejne
książki i rękopisy zbiera w księgarni, u wydawcy, u tłumacza, wszystkie mają
zaprowadzić go do ukończenia lektury tej
powieści, którą zaczął czytać, ale teksty, po które sięga, okazują
się czymś innym. Razem z Czytelnikiem poznajemy początki tych
najróżniejszych gatunkowo potencjalnych powieści, przy czym żadna z nich nie
wychodzi poza pierwszy rozdział, a wszystkie są ze sobą w jakiś sposób
powiązane – na przykład podobnymi bohaterami, przedstawianymi w różnych kontekstach i w
różnych konfiguracjach oraz atmosferą zagrożenia.
Porównanie „Atlasu chmur” z książką Calvino nie opuszczało mnie przez cały seans. Przede wszystkim dlatego, że ten długi film złożony z
kilku dziejących się w różnych okresach historii (jest i XVIII wiek, i
futurologiczna przyszłość), w których widzimy grono tych samych aktorów, przez
długi czas sprawia wrażenie, jakby jego twórców interesowała sama wewnętrzna różnorodność stylistyczna, a nie opowiedzenie
spójnej historii.
Powieść Calvino to dziesięć początków różnych historii, częściowo zazębiających się, mniej lub bardziej intuicyjnie wyczuwamy między nimi istniejącą więź, ale ponieważ mamy tam i powieść podróżniczą, i kryminał, i powieść historyczną, i science fiction – różnic między nimi jest dużo więcej. Żadna z nich nie zostaje rozwinięta, moje czytelnicze pragnienie podążenia za oferowaną mi fabułą, zwodzi mnie na manowce, powieść jest hołdem złożonym żywiołowi opowieści bez doprowadzenia którejkolwiek z nich do końca.
Liczne wątki składające się na „Atlas chmur”, pocięte i wymieszane, przez długi czas (naprawdę długi: jakieś dwie pierwsze godziny) sprawiają wrażenie, jakby miały przede wszystkim hamować rozwój jakiejkolwiek akcji. Próba ich ułożenia i znalezienia między nimi logicznych powiązań może budzić frustrację. Lepiej chyba, jak u Calvino, cieszyć się z samych opowieści i nie zastanawiać nad ich sensem… tym bardziej, że właśnie tego ostatniego „Atlasowi” brakuje. Być może, gdyby film powstał na przełomie tysiącleci, załapałby się na falę new age’u i nie budziłby sceptycyzmu. Jednak stwierdzenie, że nasze czyny zmieniają przeszłość i przyszłość, sprzedawane dzisiaj jako podstawowa myśl filozoficzna trzygodzinnego widowiska, jest pewnym nadużyciem. Koniec końców film uważam za nieudany: przy tej ilości bohaterów i wątków żaden z nich nie zdążył mnie wciągnąć na tyle, żeby z którąkolwiek z postaci się utożsamić lub szczególnie jej kibicować. Nawet potencjalnie najbardziej interesujące wątki futurystyczne nie dosięgają do poziomu „Matriksa”. Mam wrażenie, że najlepiej bawili się przy realizacji „Atlasu chmur” sami twórcy, charakteryzatorzy i aktorzy, przebierani do każdego wątku, tworzący w filmie po kilka najróżniejszych postaci. Oczywiście, zabawnie jest oglądać Halle Berry jako blond Żydówkę oraz doszukiwać się kolejnych znanych aktorów w coraz bardziej zwariowanych charakteryzacjach, ale to za mało, żeby „Atlas chmur” uznać za wciągający i skłaniający do refleksji.
Powieść Calvino to dziesięć początków różnych historii, częściowo zazębiających się, mniej lub bardziej intuicyjnie wyczuwamy między nimi istniejącą więź, ale ponieważ mamy tam i powieść podróżniczą, i kryminał, i powieść historyczną, i science fiction – różnic między nimi jest dużo więcej. Żadna z nich nie zostaje rozwinięta, moje czytelnicze pragnienie podążenia za oferowaną mi fabułą, zwodzi mnie na manowce, powieść jest hołdem złożonym żywiołowi opowieści bez doprowadzenia którejkolwiek z nich do końca.
Liczne wątki składające się na „Atlas chmur”, pocięte i wymieszane, przez długi czas (naprawdę długi: jakieś dwie pierwsze godziny) sprawiają wrażenie, jakby miały przede wszystkim hamować rozwój jakiejkolwiek akcji. Próba ich ułożenia i znalezienia między nimi logicznych powiązań może budzić frustrację. Lepiej chyba, jak u Calvino, cieszyć się z samych opowieści i nie zastanawiać nad ich sensem… tym bardziej, że właśnie tego ostatniego „Atlasowi” brakuje. Być może, gdyby film powstał na przełomie tysiącleci, załapałby się na falę new age’u i nie budziłby sceptycyzmu. Jednak stwierdzenie, że nasze czyny zmieniają przeszłość i przyszłość, sprzedawane dzisiaj jako podstawowa myśl filozoficzna trzygodzinnego widowiska, jest pewnym nadużyciem. Koniec końców film uważam za nieudany: przy tej ilości bohaterów i wątków żaden z nich nie zdążył mnie wciągnąć na tyle, żeby z którąkolwiek z postaci się utożsamić lub szczególnie jej kibicować. Nawet potencjalnie najbardziej interesujące wątki futurystyczne nie dosięgają do poziomu „Matriksa”. Mam wrażenie, że najlepiej bawili się przy realizacji „Atlasu chmur” sami twórcy, charakteryzatorzy i aktorzy, przebierani do każdego wątku, tworzący w filmie po kilka najróżniejszych postaci. Oczywiście, zabawnie jest oglądać Halle Berry jako blond Żydówkę oraz doszukiwać się kolejnych znanych aktorów w coraz bardziej zwariowanych charakteryzacjach, ale to za mało, żeby „Atlas chmur” uznać za wciągający i skłaniający do refleksji.
„Cloud
Atlas” („Atlas chmur”), reż. Tom Tykwer, Lana Wachowski, Andy Wachowski,
2012.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz