poniedziałek, 21 stycznia 2013

weekend w Bacówce nad Wierchomlą. Fotorelacja

– To gdzie dziś jedziemy? – usłyszałam w sobotę rano. 
– Tam, gdzie będzie miejsce – pewnie nie było to bardzo odkrywcze, ale czego więcej oczekiwać po człowieku przedkawnym.

Miejsce dla naszej trójki znalazło się w Bacówce nad Wierchomlą, gdzie do tej pory jeszcze nie trafiliśmy. Punkt na dzień dobry – przyjmują gości z psami, proszą tylko o uniknięcie możliwego spięcia z suczką właścicieli, która teren traktuje jak własny, do tego mają szczeniaki, więc na terenie schroniska Miś ma chodzić na smyczy. Nie ma sprawy. Zapewniają pościel, więc z lekkimi plecakami wsiadamy do samochodu.

Jakoś tak się złożyło, że póki co nie jeździliśmy dużo w Beskid Sądecki. Bardzo lubię te góry, ale kiedy szukamy miejsca na weekendowy wypad, na ogół je omijamy: sam dojazd trwa dłużej, jest dalej od Krakowa, a serpentyny pod Nowym Sączem jakoś nie budzą mojego entuzjazmu. No ale skoro tam nas zechcieli, to nie marudziłam. Drogi – niestety – skrócić się nie dało: przejazd zatłoczoną zakopianką (sobotni wyjazd na narty połowy krakusów) i późniejsze grzeczne uśmiechanie się do fotoradarów plus przerwa na stacji benzynowej zajęły nam 3 godziny. Samochód zostawialiśmy w Wierchomli Małej, na parkingu hotelowym (bezpłatny). Stąd wiodą dwie drogi w górę: samochodowa – łagodna i dłuższa, bo licząca 5 km (oznaczona tablicą przy wjeździe) oraz czarny szlak pieszy – dużo krótszy, ale też dużo bardziej stromy. Nie mając pewności, czy czarny szlak będzie przetarty, wybraliśmy drogę samochodową, która o tej porze roku wygląda tak:


Niestety, tę malowniczość krajobrazu i łagodny stok trzeba okupić naprawdę długim spacerem do schroniska. My brnęliśmy w śniegu, co dodatkowo spowalnia marsz, i zajęło nam to ponad dwie godziny. Nie wiem, czy następnym razem nie zdecydowałabym się jednak na godzinę mordęgi na czarnym szlaku, przynajmniej w miarę szybko udałoby się nam wejść... Ale z drugiej strony Misiek mógł do woli hasać w śniegu:


 Czasem nie udawało mu się wyhamować na czas i lądował w zaspach…




 A droga się ciągnęła. Pięknie, ale ciągnęła się...


 Miś też nas poganiał:


Do schroniska doszliśmy wczesnym wieczorem. Byłam głęboko przekonana, że czeka mnie jeszcze godzina brodzenia w śniegu, więc światełko w oknie bardzo mnie ucieszyło:


Dostaliśmy pokój trzyosobowy. Chyba z uwagi na rozmiar Misia… Ale że sypialnie są urządzone w standardzie górskim, więc i tak ledwo się tam mieściliśmy:


(tutaj Miś nie miał gdzie się już przesunąć, bo był koniec pokoju, więc demonstruje swój zad):


Z braku miejsca, ktoś musiał zjeść kolację z parapetu:


A to już jadalnia:


Jadalnia to w ogóle temat na osobną wypowiedź. O ile pokoje są – jak na schronisko górskie – klasyczne z kubatury i wystroju i właściwie nie ma tu o czym mówić (no, może poza tym, że najpierw się martwiłam, że dostaliśmy koce i poszewki zamiast pościeli, ale w pokoju było tak gorąco, że to w zupełności wystarczało; do tego  jak to w schronisku – światło do wieczornego czytania nędzne), o tyle jadalnia to już jest coś. Fajna i przyjazna. Z kącikiem dla dzieci i z rozwieszanym w środku hamakiem. Z małą biblioteczką i paroma fajnymi, klimatycznymi gabeciami, o takimi:


I jeszcze z obłędnym widokiem z okien:


I z dobudowaną częścią wiosenno-jesienną przeznaczoną do siedzenia, kontemplowania panoramy Tatr (która podobno jest zachwycająca, ale cały nasz pobyt było pochmurno, więc nie mogę potwierdzić) i sączenia piwka:


No i właśnie w tej jadalni…


…człowiek zmęczony niekończącym się podejściem pod górę oddawać się może rozmaitym rozpustom kulinarnym. Rozmiar schabowego na talerzu przypomniał mi najpiękniejsze jedzeniowe momenty z Belgradu, chociaż 800 metrów niżej pewnie kotlet większy od mojej dłoni uznałabym za pewną przesadę. A w Bacówce wciągnęliśmy go błyskawicznie, podobnie jak karkówkę z grilla z masłem czosnkowym. Wszystko proste, bez żadnych fą fą, świeże, żadna mikrofala, do tego pieczone ziemniaki i surówka z kiszonej kapusty. Porcja godna, ale można się po niej ruszyć. Genialnie doprawione. Ach, warto było brnąć w śniegu. Na deser szarlotka na gorąco z bitą śmietaną: gigantyczna (jedna porcja na dwie osoby wystarczy), bardziej biszkoptowa niż na ogół się ją robi, ale godna polecenia. Po tym wszystkim mogliśmy tylko iść spać albo zająć się degustacją grzanego piwa. Trochę mnie zdziwiło, że nic w nim nie pływa i już podejrzewałam fałszywkę z sokiem i paroma goździkami podgrzaną w mikrofali, ale i tutaj Wierchomla ma punkt: nie wiem, jak je doprawiają, ale robią to skutecznie. Spiliśmy po dwa :)

Niestety, nasze żołądki mają ograniczone możliwości, więc nie spróbowaliśmy bigosu, kwaśnicy, pierogów (ruskie z bryndzą wydały mi się bardzo kuszące, ale zostawiam to na kolejny raz) ani naleśników. Kończąc temat kulinariów powiem tylko, że jajecznica śniadaniowa była prima sort. Jedyne, na co narzekał Pan Młodszy, to niedobór chleba!

No i właśnie taka jest Wierchomla:



Ale żeby nie było, że pojechaliśmy tylko na obiad, to w niedzielę poszliśmy na Runek. Pogody specjalnej nie było, był za to śnieg:


i mgła:


Szło mi się ciężko, więc chłopcy musieli na mnie czekać…



Niektórym nawet z tego czekania wypełzł na pysio Glutus Maximus:


Zima jak malowanie.





A drodze powrotnej jeszcze zahaczyliśmy o puste schronisko. Wybiegły nam na powitanie szczeniaki schroniskowe:



Przyjazne, rezolutne, śliczne małe misie!




Informacje praktyczne:

Przejazd Kraków-Wierchomla Mała: ok. 3h

Przejście z Wierchomli Małej do Bacówki drogą samochodową: zimą 2 h 15 min. Według tablic, wejście na górę czarnym szlakiem zajmuje godzinę. Zejście ze schroniska czarnym szlakiem: ok. 45 min. O tej porze roku czarny szlak z zacisza Bacówki prowadzi prosto w sam środek infrastruktury narciarskiej: stoki, kramy ze wszystkim, jadłodajnie, wypożyczalnie nart, parkingi i kupa luda. Schodzący z Wierchomli mogą przeżyć szok.

Bacówka nad Wierchomlą: przyjazna psom! Nocleg 35 zł/os (w pokoju trzyosobowym). Toalety schludne, czyste i odremontowane, są prysznice, niestety wszystko w piwnicy, więc piwo pijemy z umiarem, zwłaszcza jeśli śpimy na piętrze ;), od gospodarzy dostajemy koce i poszewki. W schronisku jest ciepło.

Karkówka z grilla w zestawie/Schabowy w zestawie: 24 zł
Szarlotka: 7 zł
Grzane piwo: 8 zł
Kawa, herbata – 3-4 zł
Bigos: 15 zł
Naleśniki, pierogi: 10-15 zł


3 komentarze:

  1. można by do tego wpisu dodać parę uwag, wszak każdy inaczej zapamiętuje i inaczej akcenty rozkłada, ale ograniczę się tylko do korekty: schabowy był wielkości twarzy posła kalisza:)
    pan m.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. żart wcale mnie nie rozśmieszył, natomiast zimowy pejzaż jest przepiękny

      Usuń
    2. Cieszę się, że spodobały Ci się zdjęcia, przepraszam, jeśli poczułeś/aś się urażony/a żartem.

      Usuń